Centralna Komisja (CKdsSiT) – skamieniała opoka starego systemu

Rektorom nie będzie tak łatwo dobrowolnie odsunąć się w cień, bo czują się dobrze i pewnie. Wiedzą, że mają wsparcie w systemie, który „żywią i bronią”. Żelazobetonową opoką wsparcia interesów rektorów i innych beneficjentów tego systemu są liczne lokalne i centralne komitety i komisje, w tym Centralna Komisja do spraw Tytułów i Stopni Naukowych, czy jak się zwą kolejne wersje. Całkowicie zbędna w każdym nowoczesnym kraju, bo rozwinięte systemy oceny parametrycznej spełniają doskonale funkcje ewaluacyjne – sprawniej, szybciej, taniej, przy tym otwarcie, przejrzyście i jednoznacznie – bez układów, zależności, bez łaski. Każdy naukowiec wie wszystko o każdym innym w swojej branży i każda wyszkolona sekretarka może łatwo sprawdzić wszystkie dane dostępne w sieci. Do tego zna wartość kontraktów wnoszonych przez kandydata do budżetu uczelni a to się liczy. Jeżeli więc ktoś walczy o to, żeby nic nie zmieniać, tkwić w hierarchicznej przeszłości możliwie najdłużej, to właśnie oni, ci najbardziej potrzebujący uzasadnienia swojego istnienia. Nie wnikam w inne licznie obsadzone sekcje, pewnie nie jest lepiej, ale spośród 38 członków jednej z poprzednich Sekcji Nauk Technicznych tej Centralnej Komisji w chwili badania prawie połowa – aż 17 osób – miało wskaźnik Hirscha 0 lub 1 (!!!…) i to za okres całej kariery zawodowej. Nieznani dla nauki światowej – to nie jest żart…

To porażająca prawda – ci, którzy rzekomo mają strzec wysokiego poziomu prac naukowych w Polsce – sami reprezentują poziom niski albo wręcz żaden w skali międzynarodowej. Może dlatego tak zajadle upierają się przy utrzymaniu bezsensownego przeżytku w postaci procedury habilitacyjnej, bo sami często nie mają na szali liczącego się dorobku potwierdzającego ich wartość w nauce globalnej. Obojętne, czy tego potrzebuje kraj, prawdziwa nauka czyli światowa, czy gospodarka kraju realna, czyli prywatna. Oni sami potrzebują tej hierarchii i tych procedur, ich koledzy rektorzy potrzebują (ci ze średnią H=0,9), do utrzymania swojego mitu i swojej dobrze płatnej państwowej pozycji, niezależnie od tego, czy to się to podoba podatnikowi, który za tę prywatę płaci, czy nie. Jest gdzieś domyślne założenie, że przeciętny podatnik i tak nic z tego nie rozumie, a płacić musi…

Nieliczni z lepszymi wskaźnikami parametrycznymi, którzy w jakimś stopniu przetarli się przez naukę światową pewnie pierwsi się zgodzą, że ta uciążliwa procedura habilitacyjna jest bezsensowna i ma na celu tylko i wyłącznie kontrolę przepływu kadry, szczególnie w górę, czyli jaśniej mówiąc – kontrolę dorastającej konkurencji. Doktoratów przecież też nie trzeba oceniać „w centrali” obficie opłacanej przez podatnika, bo jeśli prace są złożone z czterech czy pięciu publikacji w międzynarodowych czasopismach recenzowanych (tak jak to jest praktykowane w świecie), to w zupełności wystarczy każdemu rozsądnemu dziekanowi, by ocenić przydatność kandydata do samodzielnej działalności naukowej. Tylko takie prace mają prawdziwą wartość i żadna komisja nie jest w dzisiejszych czasach do niczego potrzebna, szczególnie taka o wątpliwych kwalifikacjach i to za duże pieniądze.

Spis treści

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin