Gdzie te godziny pracy?

Z uwagi na bogactwo, tempo zmian i dostępność, samo poznanie bibliografii do rzetelnie prowadzonego projektu badawczego to konieczność wnikliwego czytania kilkuset (trudnych lub bardzo…) artykułów naukowych. Do tego średnio z tuzin dysertacji magisterskich (MSc) i doktorskich (PhD) ze wszystkich stron świata, tyleż samo lub więcej różnego rodzaju i objętości raportów; razem – tysiące stron rocznie. To nie jest „lekka, łatwa i przyjemna” lektura do poduszki. Praca nad tym, żeby wejść i utrzymać karierę w aktualnej w świecie tematyce naukowej, to raczej jak przygotowanie zawodnika sportowego do poziomu turniejów międzynarodowych, czy muzyka do konkursu wirtuozowskiego.

Tabela 1. Równowaga w zatrudnieniu nauczyciela akademickiego: 4 godz. dydaktyki / tydz. = 50 godz. pracy

Już tutaj pominę stopień trudności w opanowaniu konkretnych metod i technik badawczych stosowanych w naukach ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich, co przecież także wiąże się z czytaniem tysięcy stron instrukcji, godzinami szkoleń i ćwiczeń operacyjnych na skomplikowanej aparaturze. Dla lepszego uzmysłowienia wagi wskazanych w tabeli szczegółów rozwinę nieco choćby ten ostatni w tabeli punkt pt. „korespondencja naukowa”, wydawałoby się prosty. To nie tylko (złożona i szczegółowa) wymiana informacji pomiędzy współautorami prowadzonych i publikowanych prac, ale głównie merytoryczna korespondencja z organizatorami konferencji, wydawcami materiałów konferencyjnych, edytorami czasopism i recenzentami publikacji. To obejmuje także bardzo czasochłonne przygotowywanie i pisanie recenzji, i to nie tylko dysertacji uczelnianych, ale głównie publikacji w czasopismach indeksowanych, w wymagającym systemie wzajemnego recenzowania zwanym w języku angielskim „peer-review”. System polega na tym, że aby publikować w wybranym piśmie indeksowanym (czyli – by istnieć wiarygodnie i powtarzalnie w specjalistycznym międzynarodowym środowisku zawodowym…) trzeba też dla niego pisać recenzje –- średnio do dwóch artykułów na jeden opublikowany swój artykuł. Każda recenzja (anonimowa – nie dla „kolegów”…) to nie tylko wnikliwe czytanie tej nowej pracy ale także co najmniej kilkunastu najważniejszych pozycji bibliograficznych, jeśli się ich jeszcze nie zna.

Żmudny, trudny i czasochłonny proces, wymagający nie tylko skupienia, bardzo dobrej znajomości naukowego języka angielskiego w danej dziedzinie ale i samodyscypliny, bo każde słowo musi być starannie wyważone, recenzja dogłębna i rzetelna. To jest realny wkład w postęp nauki. Wydawcy czasopism na ogół dają około miesiąca do dwóch na przygotowanie jednej recenzji, której celem jest ulepszenie a nie powierzchowne skrytykowanie przyszłej publikacji. W sumie to wszystko składa się na dziesiątki merytorycznych maili, telefonów czy użycia innych dostępnych komunikatorów, na które trzeba mieć czas, wiedzę i skupienie. Dużo czasu…

A co, jeżeli inne obowiązki, np. konieczność przygotowania nadmiernej liczby godzin dydaktycznych, nie pozwalają na rzetelne przygotowanie tych recenzji, na staranne opracowanie własnych tekstów artykułów, wnikliwe czytanie bibliografii, szczegółowe opracowanie własnych wyników badań?… Rodzi się i narasta stres, zarywanie nocy, wypalenie organizmu. Wielu ludzi na tym etapie nie wytrzymuje i rezygnuje z dalszej kariery. A co, jeżeli przy identycznych oczekiwaniach co do wydajności naukowej porównywalnej w skali międzynarodowej, obciążenie dydaktyczne przekracza dwu lub trzykrotnie przyjęte w świecie standardy?… Zapytywani o to profesorowie z USA i Kanady komentują krótko i wprost – „absurd, niewykonalne…”.

Spis treści

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin