Można i trzeba inaczej

Stare i nowe modele rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego będą omówione bliżej i porównane w następnym rozdziale. Istniejące przykłady wskazują, że nowe modele funkcjonują dobrze tylko przy określonym poziomie decentralizacji w mechanizmach zarządzania administracyjnego. Oznacza to, że zastosowanie takich nowszych modeli wymaga także zmian w innych dziedzinach organizacji życia społecznego i administracji państwa w czym chyba najważniejsza jest decentralizacja władzy – delegowanie odpowiedzialności ze szczebla centralnego do regionalnego. Tam gdzie lokalni politycy zarządzają lokalnym podwórkiem, zawsze i wszędzie jest więcej inicjatywy, dynamiki, porządku i efektów a to wszystko wymaga przejrzystej i skutecznej legislacji w oparciu o ordynację większościową. Niestety, z powodów nie całkiem jasnych Polska ostatnio zmierza w odwrotnym kierunku, mimo że z historii wiadomo czym kończy się obsesyjne dążenie do kontroli wszystkiego i wszystkich.

Zainteresowanym szczegółami organizacyjnymi można polecić choćby znakomite prace B. Godin’a, kanadyjskiego badacza związków nauki z rozwojem społecznym (np. B. Godin, “The making of science, technology and innovation policy”, 2009). Ogromne postępy w rozwoju gospodarki wiedzy poczyniła Australia, wiążąc zarządzanie przemysłem z zarządzaniem szkolnictwem wyższym, przy tym redukując liczebność administracji. Przejrzyste informacje są dostępne w sieci, wystarczy wpisać „innovation Australia” w wyszukiwarce Google. Australijski model transferu technologii niedawno uznany został przez OECD za najlepszy na świecie.

Jeżeli idąc za dobrymi przykładami polscy podatnicy, świadomi długofalowych korzyści, wybiorą ten wyższy poziom „gospodarki opartej na wiedzy”, za jeden z narodowych celów rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego, to z dostępnych porównań widać, że przy takim priorytecie najskuteczniej działa wspomniany anglosaski model uczelni wyższych i organizacji badań. Najlepiej więc byłoby zastąpić nasz istniejący niewydolny, poradziecki model liniowy takim właśnie modelem, raczej szybko i w pełnym wymiarze, bez niedomówień. Za realny cel dla zmian nauki i szkolnictwa wyższego można przyjąć dojście w ciągu 10–15 lat do poziomu Kanady, Australii czy Nowej Zelandii, z odpowiednim stopniem powiązania z gospodarką, przekładającym się na wskaźniki makroekonomiczne.

W Kanadzie (o podobnej do polskiej populacji – 33 mln) na ogólną liczbę około 800 000 studentów przypada około 50 000 profesorów, co mieści się w przyzwoitych granicach wzorów dobrego nauczania (do 20 studentów na jednego nauczyciela), wyznaczonych jeszcze przez W. von Humboldta w 1809 r. Przy naszej obecnej ilości studentów proporcja zatrudnienia kadry nauczającej wypada słabo i to jest główna przyczyna wieloetatowości kadry nauczającej. Może to być efekt zamierzony, mimo że w sposób oczywisty obniża jakość nauczania…

Spis treści

Menu
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin