Proces finansowy i organizacyjny

Warto przyjrzeć się bliżej temu procesowi tworzenia i wdrażania innowacji również z punktu widzenia kosztów i potencjalnych zysków; kto, jak i kiedy finansuje etapy cyklu badań i innych prac, kto, jak i kiedy na tym zarabia. Takie dane pokazane są przez dolny diagram na rysunku faz rozwoju innowacji (rys. 5). Kolory jego pasków odpowiadają typom badań na górnym diagramie. Kiedy w badaniach stosowanych powstaje nowy pomysł, to często dla dalszej pacy nad nim powstaje firma odpryskowa (mówi się „spin-off”), albo firma zalążkowa, zwana często start-up (?…). Trochę ironizuję z ochoczego nadużywania anglicyzmów, ale uważam, że stać nas na to, by bardziej szanować nasz język i stosować się do właściwej ustawy o jego czystości. Tak czy owak to zwał, to powinno się opłacać by taka firma powstała, powinny być dostępne wszelki warunki organizacyjne, techniczne jak również udogodnienia finansowe.

Kiedy powstaje firma odpryskowa czy zalążkowa, to wierzący w sukces i poniesieni entuzjazmem twórcy-właściciele, czyli założyciele firmy, korzystając ze swoich oszczędności, pieniędzy rodziny, pożyczonych od przyjaciół, czy co tam jeszcze znajdą, czasem mogą częściowo sfinansować powstawanie prototypu swojego pomysłu. Dlatego w zakresie finansowania na dolnym diagramie na rys. 5 wstawiamy na samym początku – założyciele. To dobrze, że twórcy inwestują swoje pieniądze, bo to motywuje do działania, ale tego na ogół na długo nie starczy. Sam pomysł, schemat, jakiś wstępny prototyp czy nawet zalążek technologii w skali laboratoryjnej, wymagają finansowania dalszego rozwoju. Tutaj dobrze muszą funkcjonować fundusze zasiewowe. To są najczęściej fundusze publiczne, najlepiej właśnie z poziomu zarządzania regionalnego, co wskazuje dolna część elipsy na wykresie. Przy ich braku lub słabym działaniu, ostatnio te funkcje przejmuje – mimo barier legislacyjnych – finansowanie sieciowe znane pod angielską nazwą „crowdfunding”, czyli potrzeba jest widoczna.

Fundusze i instytucje publiczne takie jak banki wsparcia biznesu, parki innowacji czy regionalne agencje rozwoju z odpowiednio dużą autonomią działania, mają szczególnie znaczenie dla tego etapu styku badań stosowanych i badań rozwojowych. Tu, gdzie powstaje pomysł ciągle nikt dokładnie nie wie, co z tego będzie, za ile i czy naprawdę się opłaci. Ryzyko porażki finansowej jest ogromne i dlatego regularne banki tu nie inwestują. Jedno jest pewne: jeżeli fundusze i instytucje publiczne – działające w przejrzyście zorganizowanym systemie selekcji – nie przesuwają tego pomysłu dalej w stronę realizacji, to nikt nie przesunie, czyli nic się nie dzieje. Projekt umiera już na początku innowacyjnej doliny śmierci. Z tej prostej przyczyny, że w ten etap finansowania, w stanie najwyższej niepewności czyli największego ryzyka, nie wchodzi żadna instytucja prywatna. Nikt nie podejmuje takiego wysokiego ryzyka oprócz samych wynalazców, zawsze i całkowicie przekonanych o słuszności swojej sprawy.

Potrzebne są więc nie tylko granty, ale też na przykład bezprocentowe pożyczki, różne opcje długoterminowych spłat kredytów, nawet wykup udziałów w firmach zalążkowych przez publiczne banki rozwoju (czyli państwowe instytucje wysokiego ryzyka), czy wręcz same ministerstwa branżowe. W wielu krajach na tym etapie dostępne są nie tylko finansowe instrumenty bezpośrednie, ale ostatnio intensywnie rozwija się całą gamę instrumentów pośrednich: odpisów, zwolnień, odroczeń podatkowych, odsetkowych czy poręczeń kredytowych. Tak dzieje się w każdym kraju, w którym to się dobrze dzieje, czyli tam, gdzie im naprawdę zależy na mnożeniu i wdrażaniu innowacji do produkcji, a przez to na mnożeniu zasobności obywateli. Do tego przede wszystkim potrzebna jest przejrzysta legislacja powstająca z woli i wiedzy politycznej i prawniczej, a już na pewno nie tylko z dobrej woli i uporu naukowców czy przemysłowców.

Anioły biznesu, czyli osoby prywatne albo dedykowane instytucje, które zajmują się finansowaniem i zarabianiem na badaniach (bo to jest zarabianie na badaniach), wchodzą w taki interes dopiero wtedy, kiedy prototyp już rokuje jakieś nadzieje, jest w miarę funkcjonalny. A jednak anioły biznesu to są najwcześniejsi ryzykanci procesu innowacyjnego, którzy biorą na siebie największe ryzyko porażki kupując ten nowy pomysł od firmy odpryskowej. Przy pomocy swoich pieniędzy, ale często i publicznego wsparcia, anioły biznesu rozwijają pomysł w jakiś rozsądny, funkcjonalny prototyp technologiczny, już w dobrze zaprojektowanym wykonaniu inżynierskim. Anioły biznesu to są ludzie lub instytucje, które chcą zarabiać na innowacjach; kupić pomysł, rozwinąć dalej i odsprzedać dobrze już działający i rokujący prototyp z dużym zyskiem do kolejnego etapu wdrożeń. Te firmy na ogół potrzebują mieć zysk rzędu 30, 50 procent, nawet więcej na jednym projekcie, inaczej nie podejmują tego skrajnie wysokiego ryzyka, bo i tak na wielu tracą. Mają bardzo dokładne systemy selekcji; w Europie firmy takie, które nazywamy aniołami biznesu, przeciętnie wybierają jeden do pięciu na 500 oferowanych im pomysłów.

Zatem tych pomysłów musi być bardzo, bardzo dużo na styku badań stosowanych i rozwojowych, żeby raz na czas coś konkretnego i dobrze rokującego dalej z tego powstało i potem przetworzyło się w kolejny produkt dla wymagającego rynku. Jeden na 500!… A i tak mimo sporej wiedzy, wprawy i ścisłej selekcji, aniołom biznesu udaje się zarobić średnio na jednym, czasem dwóch projektach na dziesięć!…. Czyli często i dużo tracą, bo takie są reguły gry. Taką innowację, która już się w miarę dobrze zapowiada na etapie przedwdrożeniowym, prawie produkcyjnym, kupują specyficzne firmy inwestycyjne, tzw. kapitały wysokiego ryzyka, bo wierzą, że na tym etapie da się zarobić. Kiedy wierzą, to kupują produkt czy technologię z tym założeniem, że albo po dalszym rozwoju i wdrożeniu pełnej produkcji przemysłowej firma wejdzie na giełdę i zyska na wartości, albo ktoś inny kupi tę firmę za odpowiednio więcej. Te firmy też dużo ryzykują, żeby z proporcjonalnym zyskiem odsprzedać ten biznes dalej.

Kiedy nowy produkt wreszcie wchodzi na rynek, zaczyna się jego regularna i masowa sprzedaż. Tu – jak wiadomo – z powodu konkurencji marże są niższe. Dalej dochodzą jeszcze spore koszty wzrostu skali, rozwoju dystrybucji i promocji i stopa zysku szybko maleje. Tych firm inwestycyjnych, które stymulują rozwój gospodarki opartej na wiedzy, czyli kapitałów wysokiego ryzyka, nie interesują takie produkty, które mają niską marżę. W tym etapie odsprzedają ten biznes dalej. Kapitał wysokiego ryzyka też musi odpowiednio zarobić, bo przecież nie zawsze zarabia. Wiele razy traci zanim zarobi, dlatego też musi być pod specjalną ochroną finansową, tak samo jak anioły biznesu i jak założyciele firm odpryskowych. Wszystkie ogniwa procesu rozwoju innowacji muszą być pod specjalną ochroną prawno-finansową, żeby kura kiedyś mogła wreszcie znieść to złote jajo.

Dobrze przemyślana pomoc państwa musi tutaj sprawnie działać, bo to przecież w państwa (czyli naszym wspólnym) interesie leży, by pomagać rozwijać nowe firmy, zatrudniające obywateli i po dojściu do dojrzałości płacące regularnie podatki do budżetu. Dlatego na przykład kanadyjski program SRED umożliwia innowacyjne odpisy podatkowe do tego poziomu, że dolar zainwestowany w badania i rozwój tak naprawdę kosztuje tego inwestora tylko 50, a ostatnio w niektórych prowincjach nawet tylko 20 centów!… Wtedy faktycznie to się opłaca i dlatego prywatni inwestorzy przemnażają inwestycje rządowe średnio ośmiokrotnie. Rząd mądrze inwestuje w tę najtrudniejszą fazę przed-prototypową (czerwona elipsa na rys. 5) w wybranych dziedzinach priorytetowych, a kiedy już widać, że projekt się opłaca, to przyciąga inwestorów ułatwieniami w postaci odpisów podatkowych. Per saldo to i tak kosztuje rząd kanadyjski mniej, niż kupowanie technologii, budowanie fabryk i tworzenie podobnej ilości nowych miejsc pracy od zera. Warto porównać rachunki, bo jeszcze pamiętamy z poprzedniej epoki, że robienie wszystkiego przez państwo nie wychodzi…

Spis treści

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin