Rozdział 3 – Systemy i ich ludzie

Prywatne folwarki za państwowe (podatnika) pieniądze

Znawcy przedmiotu wskazują, że w rozwoju społeczno-gospodarczym krajów czynnik ludzki 1 jest najważniejszy, bo to przecież ludzie tworzą systemy organizacyjne w swoich krajach. Pamiętamy jednak z niedawnej historii, że same systemy też wymuszają pewne typy zachowań i formują określone elity na swoje usługi. System sowiecki funkcjonowania państwa narzucono tu trzy ćwierci wieku temu, a z braku zdecydowanych zmian modelowych polska nauka i szkolnictwo wyższe tkwią w nim do dzisiaj. System ma swoje mechanizmy funkcjonowania oraz wspierające go „elity”, a te jak muchy do miodu lgną do stanowisk w instytucjach wspomagających funkcjonowanie samego systemu. Określony typ osobowości czuł się i nadal czuje dobrze w tych warunkach. w naszym konkretnym przypadku to ciągle mentalność gatunku „homo sovieticus” – co śmieszniejsze – niezależnie od aktualnie deklarowanych zapatrywań politycznych.

W Polsce ostoją tego poradzieckiego systemu w szkolnictwie wyższym są przede wszystkim beneficjenci hierarchicznego modelu urzędów uczelnianych i ministerialnych, kontrolujący wszystko i wszystkich oraz tego samego gatunku ludzie obsiadający różne instytucje satelitarne swego systemu – rady, senaty, komisje i inne komitety. Nikt z nich nie chce niczego zmieniać – a szczególnie – przebudowywać czy likwidować te skostniałe instytucje. To nie jest tylko przypadkowy zbieg okoliczności, bo gronostaje czuwają na straży (swoich) przywilejów i wartości, co ma wymiary korupcjogenne. To nie tylko kwestia wartości bezwzględnych w postaci pensji czy niemałych dodatków funkcyjnych, to wszelkie inne przepływy finansowe podlegające nieustannej formalnej kontroli, także pod kątem, czy nie da się w tym być. Istotne są również inne wartości mniej wymierne bezpośrednio, jak współautorstwo publikacji, udziały w grantach, atrakcyjnych konferencjach, ekspertyzach, itp.

Zatem na pytanie – dlaczego takie specyficzne elity jak muchy do miodu lgną do stanowisk w instytucjach wspomagających funkcjonowanie niewydolnego systemu, odpowiedź jest prosta – tak jak w każdym systemie od czasów starożytnych – na ogół nie dla dobra jakiejś sprawy, dla nauki, czy dla dobra kraju i narodu, tylko dla korzyści osobistych. Pola działania tych beneficjentów na stanowiskach funkcyjnych to ciągle pola folwarczne, folwarki iście feudalne. Nakazowo-kontrolny system sprawia, że za pieniądze wcale nie niczyje czy znikąd, tylko za pieniądze podatnika, państwowe pieniądze, działają jak prywatni dziedzice w swoich prywatnych folwarkach.

Pracownicy-wyrobnicy, jak kiedyś pańszczyźniani chłopi – ze wszystkim, z każdym ruchem, z najdrobniejszym szczegółem, muszą przyjść do dziedzica z prośbą o pozwolenie. Ci pracownicy to nie są bezmyślne czy przygłupawe parobki folwarczne, których stale musi poganiać karbowy. To są dorośli i mądrzy ludzie, potrafiący głęboko myśleć i odpowiadać za siebie, w większości z tytułami doktorów nauk. Nic nie szkodzi, i tak muszą zgłaszać wszystko, każdą śrubkę i długopis do zatwierdzenia przełożonego – kierownika katedry czy dyrektora instytutu. Ten z kolei oprócz pieczątek różnych działów kontrolnych musi mieć zatwierdzenie dziekana, dziekan potrzebuje zgody i podpisu rektora. Każdy w tej hierarchii może mieć w tym jakiś interes, żeby ze wszystkim i na każdym etapie było na tak lub nie.

Gdy ktoś się naczyta, nawymyśla i nocami napisze wniosek o grant badawczy, który nie zawiera nazwiska przełożonego odpowiedniego szczebla, to wniosek może nie przejść dalej, bo wymaga zatwierdzenia, jakby ten piszący nie był dorosły i odpowiedzialny za to co robi. Jeżeli ktoś się narobi badań, naczyta bibliografii, namyśli i znowu dniami i nocami napisze publikację a nie ma tam nazwiska przełożonego, to publikacja może nie być zatwierdzona do pokrycia kosztów w czasopiśmie międzynarodowym. Ten przełożony nie musi nawet za bardzo wiedzieć o co tam chodzi, ale staje się współautorem dzieła i punkty mu się naliczają bez ślęczenia, czytania i pisania. Niektórzy zadowalają się każdym miejscem na liście autorów ale niektórzy, bardziej łapczywi, każą się wpisywać na pierwszym miejscu, albo wręcz zagarniają wyniki i publikują sami. Nieposłusznego pracownika zawsze można ukarać złą oceną okresową, niekorzystnym rozkładem zajęć, zamęczyć godzinami na studiach wieczorowych czy zaocznych albo wręcz nie przedłużyć kontraktu. Nic nie jest bezpośrednio widoczne czy całkiem oczywiste, wszystko w białych rękawiczkach i krawatach. Przypomina się tytuł filmu „dyskretny urok burżuazji” – wszyscy wiedzą ale nikt nie mówi…

Taka praca „pod butem”, czy „pod batem” karbowego nie sprzyja inicjatywie, myśleniu, tworzeniu i rozwijaniu koncepcji – jest uciążliwa, niewdzięczna i nieefektywna, chce się tylko jakoś przeżyć czy utrzymać rodzinę ale już nie tworzyć z pasją. a praca naukowa zawsze była jest i będzie pracą twórczą, wymagającą swobody myśli i działania. w krajach bardziej rozwiniętych już dawno ten temat przepracowano i już dawno zlikwidowano taką uciążliwą i korupcjogenną hierarchię; katedra czy instytut to zespół niezależnych pracowników. Nawet bardzo młodzi profesorowie są samodzielnymi naukowcami z pełną autonomią w swojej dyscyplinie i zakresie działania, jeśli tylko mieszczą się w profilu jednostki. Piszą i wysyłają sami swoje wnioski i propozycje grantowe i kontraktowe, bez szczebli zatwierdzania. Mają tylko robić to co robią najlepiej – publikować w indeksowanych czasopismach i wnosić do budżetu uczelni fundusze z grantów i kontraktów – im więcej, tym lepiej. w Kanadzie jeden profesor przerabia rocznie w kontraktach do kilku milionów dolarów. Jako świadomi i ambitni badacze oni sami najlepiej kontrolują wykonanie swoich projektów a wyniki finansowe raportują bezpośrednio do kanclerza. Algorytmy i programy od dawna upraszczają procedury administracyjne, nie ma żadnych komisji ani pieczątek a tam gdzie jest potrzebny dokument wystarcza druk firmowy i podpis. Rola dziekana i rady wydziału ograniczona jest tylko do najważniejszej sfery akademickiej – nadawania i zatwierdzania stopni i wręczania dyplomów. To w zupełności wystarcza a administracja służy nie do uciążliwej kontroli, tylko do pomocy i ułatwiania tego, co i tak jest wystarczająco trudne – do tworzenia nowych myśli.

Gronostaje na straży (swoich) wartości

Kiedykolwiek już po przemianach politycznych pojawiały się nawet skromne i okrojone propozycje zmian w polskim systemie nauki i szkolnictwa wyższego czy całe pakiety reform, kto reagował najostrzej i najbardziej negatywnie?… Wydawałoby się, że kierujący polskimi uczelniami powinni być także liderami postępu, główną siłą napędową zmian na lepsze i w związku z tym najsilniejszym wsparciem dla reform. a jednak nie. Organizacja o nazwie Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP) najbardziej ze wszystkich obrusza się na propozycje zmian i natychmiast przedstawia swoje, lepsze strategie rozwoju nauki i szkolnictwa wyższego na bliższą i dalszą przyszłość. Pobieżny wgląd w takie dzieła zawsze ukazywał odporność tego gremium na procesy ewolucyjne w świecie.

W skrócie to można streścić tak: KRASP na ogół proponuje ewentualnie pozmieniać trochę szyldy i pozycje w hierarchii, może podmalować tu i ówdzie a najważniejsze – dorzucić dużo pieniążków i niczego więcej nie zmieniać. Będzie świetnie i pięknie, czyli po staremu i bez kłopotów. Za pieniądze podatnika. Na propozycje menedżerskiego zarządzania uczelniami (co dzisiaj jest nieodzowne) KRASP już dawno zareagowała wręcz histerycznie, wytaczając do boju działa najcięższego kalibru. Rektorzy twierdzili, że choć menedżerowie mogą mieć doświadczenie w zarządzaniu różnymi przedsiębiorstwami, czasem nawet dużymi, to po prostu nie potrafią zarządzać uczelniami, bo nie są w stanie ogarnąć „kompleksowości procesu badań naukowych”. Dla mnie osobiście to oznacza układy i kolesiostwo ale zaintrygowała mnie ta kompleksowość na tyle, że postanowiłem zgłębić jej badawcze aspekty w wydaniu polskich rektorów.

Ponieważ szczególnie interesują mnie mechanizmy transferu wyników badań do gospodarki oraz efektywność współpracy uczelni przede wszystkim technicznych z przemysłem, więc ograniczam się do „kompleksowości badawczej” tylko rektorów polskich uczelni technicznych. To ci liderzy technologii powinni najwięcej wiedzieć o kompleksowości bieżących badań w ich dziedzinach oraz o najlepszych wzorcach mechanizmów zarządzania wiedzą w świecie rozwiniętym. Mają ci rektorzy techniczni swoje specjalne stowarzyszenie, które nazywa się Konferencja Rektorów Polskich Uczelni Technicznych (KRPUT) i też działa za pieniądze podatnika. Weryfikacja listy nazwisk tej konfederacji (bez wskazywania palcem) jest możliwa z użyciem dostępnego w sieci choć mało rygorystycznego systemu oceny parametrycznej „Publish or Perish” i w chwili badania wykazała średni wskaźnik Hirscha dla tej grupy na poziomie 1,99. Ojjj… to zatrważająco mało jak na śmietankę myśli technicznej kraju pośrodku Europy i na początku XXI wieku. Jeszcze ciekawsze, że jak się odjęło trzy nazwiska podnoszące ocenę to dla reszty tej konfederacji średnia wartość H spadła do poziomu… 0,9 !!!. To faktycznie oszałamiająca „kompleksowość badawcza”. Gorzej od poziomu początkującego magistranta amerykańskiego. Cóż mogą wiedzieć o szczegółach badań w jakiejkolwiek dziedzinie, jeśli w swojej są tak słabi, że praktycznie nie publikują w czasopismach międzynarodowych?…

Proszę o skorygowanie, jeśli się mylę: ci ludzie, tak gwałtownie przeciwstawiający się niezbędnym w kraju reformom, albo są na tyle oderwani od rzeczywistości, że nie pojmują co się dzieje w świecie, albo – co gorsza – w ogóle ich nie obchodzi jakieś tam dobro kraju czy jakieś tam odniesienie poziomu do reszty świata. Nie publikują na światowym poziomie, czyli nie wiedzą na czym polegają współczesne badania. Na nowoczesnym zarządzaniu też się nie znają, bo przecież są z awansu czy z układów i nie mają przygotowania fachowego. Spędzają sowicie opłacany czas posiadując na posiedzeniach i pogadując na tematy nieistotne, a wszelkie ich obłudne tłumaczenia służą tylko utrzymaniu foteli, apanaży i gronostajowych dostojeństw, opłacanych przez naiwnego podatnika. Gdyby mieli choć trochę uczciwości – że nie powiem – poczucia odpowiedzialności, po prostu skromnie by przeprosili, odsunęli się w cień i wrócili do swojego zawodu, przekazując zarządzanie zawodowym menedżerom.

Cenralna Komisja (CKdsSiT) – skamieniała opoka starego systemu

Rektorom nie będzie tak łatwo dobrowolnie odsunąć się w cień, bo czują się dobrze i pewnie. Wiedzą, że mają wsparcie w systemie, który „żywią i bronią”. Żelazobetonową opoką wsparcia interesów rektorów i innych beneficjentów tego systemu są liczne lokalne i centralne komitety i komisje, w tym Centralna Komisja do spraw Tytułów i Stopni Naukowych, czy jak się zwą kolejne wersje. Całkowicie zbędna w każdym nowoczesnym kraju, bo rozwinięte systemy oceny parametrycznej spełniają doskonale funkcje ewaluacyjne – sprawniej, szybciej, taniej, przy tym otwarcie, przejrzyście i jednoznacznie – bez układów, zależności, bez łaski. Każdy naukowiec wie wszystko o każdym innym w swojej branży i każda wyszkolona sekretarka może łatwo sprawdzić wszystkie dane dostępne w sieci. Do tego zna wartość kontraktów wnoszonych przez kandydata do budżetu uczelni a to się liczy. Jeżeli więc ktoś walczy o to, żeby nic nie zmieniać, tkwić w hierarchicznej przeszłości możliwie najdłużej, to właśnie oni, ci najbardziej potrzebujący uzasadnienia swojego istnienia. Nie wnikam w inne licznie obsadzone sekcje, pewnie nie jest lepiej, ale spośród 38 członków jednej z poprzednich Sekcji Nauk Technicznych tej Centralnej Komisji w chwili badania prawie połowa – aż 17 osób – miało wskaźnik Hirscha 0 lub 1 (!!!…) i to za okres całej kariery zawodowej. Nieznani dla nauki światowej – to nie jest żart…

To porażająca prawda – ci, którzy rzekomo mają strzec wysokiego poziomu prac naukowych w Polsce – sami reprezentują poziom niski albo wręcz żaden w skali międzynarodowej. Może dlatego tak zajadle upierają się przy utrzymaniu bezsensownego przeżytku w postaci procedury habilitacyjnej, bo sami często nie mają na szali liczącego się dorobku potwierdzającego ich wartość w nauce globalnej. Obojętne, czy tego potrzebuje kraj, prawdziwa nauka czyli światowa, czy gospodarka kraju realna, czyli prywatna. Oni sami potrzebują tej hierarchii i tych procedur, ich koledzy rektorzy potrzebują (ci ze średnią H=0,9), do utrzymania swojego mitu i swojej dobrze płatnej państwowej pozycji, niezależnie od tego, czy to się to podoba podatnikowi, który za tę prywatę płaci, czy nie. Jest gdzieś domyślne założenie, że przeciętny podatnik i tak nic z tego nie rozumie, a płacić musi…

Nieliczni z lepszymi wskaźnikami parametrycznymi, którzy w jakimś stopniu przetarli się przez naukę światową pewnie pierwsi się zgodzą, że ta uciążliwa procedura habilitacyjna jest bezsensowna i ma na celu tylko i wyłącznie kontrolę przepływu kadry, szczególnie w górę, czyli jaśniej mówiąc – kontrolę dorastającej konkurencji. Doktoratów przecież też nie trzeba oceniać „w centrali” obficie opłacanej przez podatnika, bo jeśli prace są złożone z czterech czy pięciu publikacji w międzynarodowych czasopismach recenzowanych (tak jak to jest praktykowane w świecie), to w zupełności wystarczy każdemu rozsądnemu dziekanowi, by ocenić przydatność kandydata do samodzielnej działalności naukowej. Tylko takie prace mają prawdziwą wartość i żadna komisja nie jest w dzisiejszych czasach do niczego potrzebna, szczególnie taka o wątpliwych kwalifikacjach i to za duże pieniądze.

Trzeci filar – rada w radę, czyli „zarządzanie sowietem”

Kolejnym filarem i reliktem tego starego i niewydolnego systemu poradzieckiego jest „zarządzanie sowietem”, czyli radzenie radą czy senatem, czy jak zwał te gremia wzajemnej adoracji. Tu obłudnie używa się fałszywego rozumienia autonomii akademickiej. Wiadomo, że w minionej rzeczywistości o wszystkim decydowała partia a szczególnie jej sekretarz, który mówił przewodniczącemu każdej rady co i jak ma być. Wtedy wszelkiego szczebla i rodzaju rady służyły tylko do zatwierdzania tak ustanowionej „woli ludu”. w dzisiejszych zastosowaniach ten fasadowy model pozornej demokracji cierpi na chroniczny paraliż konfliktu interesów i już wystarczająco wykazał w historii swoją dysfunkcję, żeby się go chcieć pozbyć raz na zawsze.

Prawdziwe i efektywne zarządzanie może być wykonywane tylko przez posiadających pełnię mocy decyzyjnej menedżerów na stanowiskach rektorów i kanclerzy, obsadzanych w trybie konkursu a nie ustawianych, pozornych wyborów. Rzeczywista autonomia potrzebna jest samodzielnym pracownikom nauki do sprawnego podejmowania projektów badawczych i kontraktów, bez uciążliwej kontroli, zgody czy błogosławieństwa kontrolujących beneficjentów. Czas więc by centralne i lokalne rady, senaty, komitety i komisje zamknęły te swoje bezproduktywne i bezsensowne wielogodzinne posiadywanie na posiedzeniach, bo ci posiadujący nie robią w tym czasie tego co powinni w swoim zawodzie. i tak po długich wielogodzinnych debatach głosują „za” bo się boją wzajemnie urazić jeden drugiego oraz innych kolegów. Dla kraju lepiej, żeby skupili się na badaniach, bo za to płaci podatnik. Lepiej, żeby dziekani tak jak wszędzie ograniczyli się do tego, do czego są ewentualnie powołani, czyli do sfery akademickiej – do zatwierdzania czy nadawania stopni naukowych i wręczania dyplomów. Wtedy wystarczająco ładnie wyglądają w togach…

Specjalizacje naukowe są tak rozwinięte i szczegółowe, że zarządzanie merytoryczne bieżącą działalnością badawczą i tak spoczywa na samych badaczach znających najlepiej swoje projekty i wspomaganych przez księgowych i oprogramowanie. Wystarczy wykluczyć sztuczną sprawozdawczość a szczególnie te pozorowane i nikomu niepotrzebne tak zwane badania statutowe. Jedyna Rada z głosem wykonawczym i to mocnym, jaka dzisiaj jest potrzebna uczelniom, to rada o kompetencjach patronackich (na wzór amerykańskich Board of Trustees), decydująca o strategii rozwoju uczelni w regionalnym kontekście gospodarczym i mianująca profesjonalnych menedżerów na stanowiska rektorów czy kanclerzy, także rozliczająca ich w pełni z wykonawstwa nałożonych zadań.

Zmiana systemu ze wszystkimi przybudówkami

Niczego sensownego, ani tym bardziej – funkcjonalnego, już się nie stworzy na bazie starego systemu nauki akademickiej, bo on ma wbudowane w sobie inne priorytety – w organizacji pracy, w mentalności pracowników i stylu ich działania. Nic się nie poprawi i nie polepszy (chyba, że dalej tylko pozornie) przez dokładanie kolejnych przybudówek i nadbudówek do systemu, jak przedłużanie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego w postaci kolejnych komisji, bo to są tylko kolejne skorupiaki narastające na kadłubie starego statku.

Przy braku wybitnych mężów stanu, małego formatu politycy boją się ruszać takie tematy bo nie chcą ujawniać swoich niekompetencji, poza tym wyraźnie unikają poważnych problemów długofalowych, bo nie mają wiedzy ani wizji, planu ani koncepcji rozwoju kraju. Są tu i teraz po to, by wycisnąć co się da za trwania kadencji. Przy okazji interesów swojej partii załatwiają swoje prywatne interesy, uwijają się by posadowić jak największą liczbę członków swojej partii i rodzin w państwowych firmach i urzędach, bo tak praktycznie wygląda to, że zwycięzca bierze wszystko w ordynacji proporcjonalnej. Dla zachowania chwilowej popularności wolą umizgiwać się do mediów i popisywać powierzchownymi wypowiedziami na tematy bezpiecznie nieistotne, bo tak się lepiej wypada. Mówi się też, że politycy nie podejmują głębszych zmian w nauce i szkolnictwie wyższym bo boją się oporu środowiska. Ale co to znaczy opór środowiska w przypadku uczelni?… Przecież zatrudnieni w  uczelniach państwowych są pracownikami państwowymi, czyli pracownikami podatnika i pracują na jego potrzeby, na potrzeby kraju i narodu, nie własne. Mają robić to co potrzebne krajowi i gospodarce a nie im samym. Pensje na uczelniach płacone są z budżetu kraju i w zamian wymagane jest wykonywanie tego co dla kraju ważne na dzisiaj i na jutro.

Tyle już wiemy, że jak ktoś pracuje w prywatnej firmie, to robi to, czego wymaga właściciel. Jak właściciel chce i płaci za to by wysłać rakietą na księżyc kukiełkę, czy nawet samochód, to pracownicy jego firmy robią to za co płaci właściciel. Nikt, kto chce zachować pracę nie stawia oporu właścicielowi a tym bardziej nie próbuje narzucić mu swojego zdania, bo wyleci. Jak się komuś nie podoba, to może sam się wynieść i szukać spełnienia gdzie indziej lub założyć własną firmę dla realizacji swoich pomysłów. Takim samym właścicielem dużych przedsiębiorstw zwanych uczelniami wyższymi jest podatnik. Wszystko co jest robione w uczelniach powinno służyć temu podatnikowi a więc w szczególności gospodarce narodowej, pomnażającej dobrobyt podatnika i wyborcy w krótkim i długim terminie.

Tak nie będzie dopóki nie ulegnie zmianie ordynacja wyborcza z obecnej proporcjonalnej, czyli partyjnej na większościową, gdzie w jednomandatowych okręgach wyborczych parlamentarzyści uzależnieni są bezpośrednio od oceny swoich wyborców, nie od przewodniczącego partii i jego klanu. w krajach z ordynacją większościową podatnik-wyborca może skuteczniej wymagać od wybranych przez siebie parlamentarzystów i od rządu centralnego czy regionalnego prezentacji szczegółów planu rozwojowego, łącznie z ustalaniem priorytetów budżetu i obszarów w których ten rząd wprowadza określone instrumenty finansowe zachęcające sektor prywatny do finansowania tego, co potrzebne i opłacalne dla gospodarki. Wyborca może tego wymagać teraz, za rok i za pięć lat.

Póki to się nie zmieni, to na szczęście nawet teraz są w tym kraju także solidni profesorowie uczelni, którzy nie lgną do stanowisk, funkcji i władzy tylko rzetelnie wypełniają swoją rolę i misję. Pracują systematycznie ze swoimi dyplomantami i doktorantami, tworzą zespoły, szkoły myślenia, nie hamują, tylko rozwijają i wspierają swoich następców. Widzi się ich częściej w laboratorium czy bibliotece niż posiadujących na posiedzeniach komisji i podkomisji. Czytają na bieżąco bibliografię, piszą publikacje, korygują kolejne wersje projektów badawczych i artykułów, korespondują z edytorami czasopism i recenzentami. To jest trudna, czasochłonna i niewymierna godzinowo praca. Takich naukowców spotyka się na najważniejszych branżowych konferencjach naukowych, mają konkretne, często wysokie wskaźniki parametryczne i są znani w środowisku międzynarodowym. Mimo codziennych utrudnień biurokratycznych pracują pilnie i nie mają czasu na układy, rozgrywki, i posiadywania na posiedzeniach. Im też jest ciężko w tym starym modelu organizacyjnym. Nowoczesny system nauki i szkolnictwa wyższego powinien wspierać i promować takie pozytywne postawy a utrudniać albo eliminować całkowicie postawy negatywne czy szkodliwe dla kraju i jego gospodarki, znane dotychczas z modelu centralistycznego.




1Zwrotu „czynnik ludzki” użyto świadomie, by nie wchodzić w złożone relacje pomiędzy pojęciami „kapitał ludzki i kapitał społeczny”

Spis treści

Menu
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin