Rozdział 6 – Innowacyjna dolina śmierci

„Dobrobyt wymaga tworzenia majątku a tworzeniem majątku zajmuje się biznes.
Majątek wytwarza się tam, gdzie wprowadza się wartość; im więcej wprowadzi się wartości,
tym więcej wytworzy się majątku.
W gospodarce opartej na wiedzy wartość dodaje się wtedy, gdy do nowych produktów (dóbr i usług)
wprowadzona jest wiedza, a to osiąga się przez badania i rozwój”.

prof. Tomasz Brzustowski
(były prezydent NSERC – Rady Badań Przyrodniczych i Inżynierskich Kanady)


Przypomnę, że w tych tekstach omawiamy tylko innowacje produktowe i technologiczne, powstające w uczelniach wyższych i wywodzące się z badań stosowanych w naukach ścisłych, technicznych i przyrodniczych. Innowacje odmienne od produktowych w sensie fizycznym, na przykład informatyczne, finansowe, organizacyjne i wiele innych, mają nieco inne drogi rozwoju i ich śledzenie wykracza poza ramy tego opracowania, choć są równie ważne dla gospodarki opartej na wiedzy.

Dla uzmysłowienia istotnych różnic przydatny jest przykład powszechnie używanego samochodu. Samochód składa się z około 300 000 części, zaprojektowanych i zbudowanych z różnych materiałów o dokładnie określonych właściwosciach. Od wszystkich tych części kierowca, pasażerowie i ich rodziny, także banki kredytujące i firmy ubezpieczeniowe wymagają niezawodności. Rozwój materiałów i technologii produkcji każdej z tych części dla uzyskania odpowiedniego poziomu niezawodności zajmuje dużo czasu oraz wymaga dużych nakładów. Już około 40% wartości współczesnych samochodów to elektronika i oprogramowanie. Komputer sterujacy też jest zrobiony z konkretnych materiałów i programy działają tylko kiedy w układzie jest prąd wytwarzany przez urządzenia wykonane z innych materiałów, przepływający przez przewody z materiałów o określonych właściwościach i zmagazynowany w baterii, której działanie także zależy od stanu rozwoju materiałów z jakich jest wykonana.

Pomysł i jego rozwój

Po takim wprowadzeniu produktowo-technologicznym spróbuję zarysować wspólny obszar zainteresowania dla wszystkich stron uczestniczących w procesie komercjalizacji innowacji akademickich w skali kraju, to znaczy dla uczonych, inżynierów, ekonomistów, prawników, no i oczywiście polityków. To jest obszar powstawania samego pomysłu w efekcie badań stosowanych oraz proces dalszej jego ewolucji aż do produktu rynkowego, poprzez badania rozwojowe i wdrożeniowe. Najlepszą bazę dla współdziałania wszystkich zainteresowanych stron mogą i powinni tu stworzyć (dobrzy) prawnicy, właściwie nastawieni przez (światłych) polityków. Od tych grup zależy wypracowanie właściwego systemu priorytetów, spójnego modelu i przejrzystej legislacji, powodującej w skali kraju udrożnienie procedur całego procesu wstępnej fazy rozwoju produktu. Zakres inwestowania w tworzenie innowacji od pomysłu do produktu zaznaczono czerwoną elipsą na wykresie poniżej. To jest znany w ekonomii i marketingu wykres cyklu życia produktu, zaczerpnięty z podręcznika marketingu G. Armstronga i P. Kotlera:

Koszty rozwoju produktu zaznaczone (na czerwono) na wykresie cyklu życia. Zielone linie wskazują zmiany wielkości sprzedaży i zysku w czasie .
Źródło: G. Armstrong, P. Kotler, „Marketing: An Introduction”, 8th ed. 2007

Ekonomistów interesują w tym obszarze wydatki, przychody i wielkość sprzedaży, a  finansistów obchodzą kredyty rozwojowe i wartość zwrotu z inwestycji. W zakresie projektowania, prototypowania i wdrażania produkcji pracują inżynierowie, także skrupulatnie liczący koszty. Po stronie badawczo-rozwojowej spełniają się naukowcy tworzący pomysły, choć ci nie zawsze martwią się wszystkimi kosztami. Nie można poważnie mówić o innowacjach produktowych i technologicznych, jeżeli się nie rozpatrzy dokładnie wszystkich aspektów tego obszaru rozwoju w odniesieniu do każdej z zainteresowanych stron. Dlatego warto rozwinąć tę najbardziej istotną część wykresu:

„Innowacyjna dolina śmierci”- koszty badań, rozwoju i wdrożenia.
Źródło: EUREC ProRETT Man., Feb. 2008, p.21

Przy tym rozszerzeniu lepiej widać zmiany kosztów w czasie, co jest krytycznie ważne. To co inni opisują formalnie jako straty, to u Armstronga i Kotlera jest opisane jako inwestycje. To bardzo cenne ujęcie, bo w gruncie rzeczy to nie są straty jako marnowanie, tylko to są produktowe wydatki inwestycyjne. To są właśnie koszty innowacji. Jak widać na tym niższym obrazku, w miarę postępu prac te koszty bardzo poważnie się zwiększają. Często przekraczają granice wytrzymałości inwestorów i dlatego ten obszar nosi wdzięczną nazwę – innowacyjna dolina śmierci.

W tym obszarze ginie średnio 90 procent innowacji, umiera w zalążku nawet przy dobrej organizacji systemowej, czyli wtedy, kiedy nikt i nic nie przeszkadza. Niestety tak się dzieje, bo na początku procesu często ma miejsce niedoszacowanie kosztów oraz niewłaściwa (nazbyt optymistyczna) wycena krytycznych kroków, które trzeba podjąć, żeby ten obszar przetrwać i przekroczyć. Widać też wyraźnie na tym wykresie, że koszty samych badań naukowych są na ogół niewielkie w porównaniu z dalszymi kosztami prac rozwojowych i wdrożeniowych. Wiedzą o tym inwestorzy ale dobrze, żeby też wiedzieli politycy i administracja rządowa. To podstawowa prawda i warunek dla dobrej organizacji gospodarki opartej na wiedzy, by dobrze zrozumieć kto co bada i za ile, kto i kiedy wdraża oraz kto i jak finansuje. Każdy musi spełnić swoją rolę w odpowiednim miejscu i we właściwym czasie. Musi być też jasne, komu i jak się opłaca w tym uczestniczyć, kto i ile może zarobić. Kto i jak może pomóc, a kto i kiedy przeszkadza.

Proces badawczy i techniczny

Żeby przybliżyć wskazane zależności, nad tym wykresem dołożymy od góry taki prosty diagram z orientacyjnym podziałem czasowym na różne typy badań zaangażowane w procesie badawczo-innowacyjnym. Elipsa zahacza górną częścią o obszar badawczy najczęściej rodzący wstępne pomysły na nowe produkty i technologie. Na ogół pochodzą one właśnie z badań stosowanych w dziedzinach ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich. To jest rodzaj badań w uczelniach wyższych krajów zaawansowanych, w których powstaje większość pomysłów na produkty rynkowe i nowe technologie. Celowo też na tym rysunku zsynchronizowano kolorami różne typy badań (górny diagram) z różnymi typami instytucji podejmujących finansowanie tych określonych etapów rozwoju produktu (diagram dolny).

Rodzaje badań w różnych fazach rozwoju innowacji oraz etapy i instytucje finansujące

Ciągle nie jest najlepiej z tym, że w polskiej nomenklaturze urzędowej są rozdźwięki w nazewnictwie, wliczając Dziennik Ustaw, gdzie badania stosowane nie wiedzieć czemu nazywa się badaniami przemysłowymi (np. Dz. U. nr 31, poz.161). To nie jest prawda, bo to są zupełnie różne badania. Badania przemysłowe prowadzą bezpośrednio do rozwoju i wdrożenia produktu, który się sprzedaje. Przemysł najbardziej zainteresowany jest badaniami rozwojowymi, a jeszcze bardziej wdrożeniowymi. Chce jak najszybciej wdrożyć produkcję i sprzedawać nowe produkty, bo uzyskanie dochodu to jest fundamentalna rola i cel przemysłu. Te dwa typy łącznie, to znaczy badania rozwojowe i wdrożeniowe, to są badania przemysłowe. Natomiast badania stosowane, wystarczy choćby spojrzeć do Wikipedii w nieodkształconym języku angielskim, by znaleźć prostą definicję mówiącą, że to jest przeniesienie wiedzy podstawowej do otoczenia fizycznego i przyrodniczego. To jest dziedzina dość odległa od przemysłu i tym badaniom jeszcze daleko do produktów. Jednak one są ważne dla rynku w dłuższej perspektywie, bo tu właśnie najczęściej powstają zalążki pomysłów produktowych i technologicznych.

Po lewej stronie górnego diagramu częściowo zaznaczono (na żółto) obecność nauk podstawowych, bo to jest źródło prawdy i najwyższej ludzkiej wiedzy. Badania stosowane czerpią z nich bazę teoretyczną potrzebną do kolejnych etapów badań i dziedzin rozwoju. Bez fizyki teoretycznej nie byłoby telewizora i radia, bez chemii teoretycznej nie byłoby produkcji tworzyw sztucznych, frakcjonowania osocza krwi ani farb emulsyjnych, i tak dalej. Na ogół gdzieś pod koniec cykli tych badań stosowanych, kiedy już się nad nimi długo poślęczy, może powstać jakiś pomysł bardziej praktycznej natury; czy to na produkt, czy na nową technologię. To nie jest szczytowanie i koniec prawdy o innowacjach, jak niektórzy mogliby sądzić, tylko początek kolejnego, większego jeszcze rozdziału.

Tą naturalną granicą jest granica często jeszcze mglistego pomysłu produktowego, czy zarysu nowej technologii, powstałego w trakcie badań stosowanych. Naukowiec pracujący w tych badaniach stosowanych, który wykonał projekt badawczy, powiedzmy wartości pół miliona złotych czy euro, na ogół na tym poprzestaje. Wie, że zrobił swoje czyli to, na czym się zna. Miał pomysł i na przykład wymyślił nową odmianę tworzywa polimerowego o nowych właściwościach, a nawet mówi, że z tego może być niezły biznes. Często nie wnika, jak daleko jeszcze do biznesu, bo to nie istota i cel jego pracy.

Najczęściej już na tym etapie najważniejsze jest zabezpieczenie własności intelektualnej, co zajmuje dużo czasu i pociąga spore koszty. To jest krok nieodzowny, jeżeli ten pomysł ma kiedyś przynieść dochód jako biznes w gospodarce wiedzy a nie tylko sławę naukową dla jego twórcy. Trzeba zdecydować, czy pomysł ma być chroniony jako wewnętrzna tajemnica handlowa (z zastosowaniem klauzul poufności), czy może lepiej, żeby był chroniony jako patent czy wzór użytkowy, czyli jako wiedza jawna chroniona, dająca możliwość sprzedaży licencji. To zawsze niesie pewne ryzyko kopiowania w różnych częściach świata, ale jak to jest nasz własny, wymęczony nocami i ciężko wypocony pomysł, to wtedy bardziej szanujemy ACTA … Dalej trzeba zdecydować, jaki jest potrzebny zakres ochrony – czy urząd patentowy krajowy, europejski, czy lepiej WIPO? Co będzie działało najlepiej na potencjalnym docelowym rynku. Proces patentowania krajowego jest bardzo powolny, patent EU kosztuje ok. € 30 000 i zgłoszenie też zabiera sporo czasu. Patent amerykański czy japoński to wydatek ok. $10 000 i jest uzyskiwany szybciej, co jest ważne, jeżeli to są potencjalne przyszłe rynki. Jest nad czym myśleć, bo już na tym etapie decyzje mogą prowadzić do sukcesu lub do porażki dalszych działań w zakresie komercjalizacji.

Badania rozwojowe – prototyp produktowy

Badacz nauk stosowanych nie musi się znać na badaniach rozwojowych czy wdrożeniowych, czy dalej jeszcze, na procesach przemysłowych w pełnej skali produkcyjnej. To są inne dziedziny i od tego są inni fachowcy i inne instytucje. Jak wskazuje dolna część elipsy na rysunku, w tym etapie transferu wiedzy potrzebne są przejrzyste procedury prawne oraz publiczne wsparcie organizacyjne i finansowe dla pomysłodawców oraz dla firm przejmujących pomysł czy technologię. Nawet jeśli naukowiec ze studentami założą firmę odpryskową1, to na ogół oni niewiele wiedzą o rozwoju biznesu i potrzebna im jest fachowa pomoc. Tu są potrzebne sprawne instytucje, profesjonalnie zajmujące się tym transferem wiedzy i finansowaniem, bo naukowiec nie musi tego umieć i na ogół nie ma czasu, bo pisze kolejne publikacje a już zaczyna prowadzić następny projekt badawczy.

Wstępny pomysł trzeba więc przejąć i skonkretyzować w badaniach rozwojowych aby przetworzyć go w ostateczny, gotowy do wdrażania prototyp produktowy czy w powtarzalną technologię. Ale jak to w życiu – tu i ówdzie trzeba poprawić mechanizm, tam coś nie działa, jeszcze raz, piąty raz, wydłuża się czas i rosną koszty… Trzeba zbadać wpływ zmiany surowca, bo tamten tańszy, temperatury obróbki czy innych parametrów. Coś dodać, coś przerobić, i tak dalej – prototyp musi być w pełni funkcjonalny a to zajmuje czas i pieniądze. Jeszcze trudniej jest z nową technologią, bo to więcej urządzeń, parametrów i procesów do analizy, kontroli czy synchronizacji, trzeba to wszystko korygować i poprawiać wielokrotnie. Na drodze pomiędzy pomysłem laboratoryjnym a prototypem czy próbną linią technologiczną, musi powstać wykonawczy projekt inżynierski.

Pomysł czy technologia, jako wersja nowego produktu wchodzi w fazę testowania parametrów technicznych a także rynkowych. Na tym etapie finalizowania badań rozwojowych podejmuje się istotne decyzje co do kontynuacji lub wstrzymania wydatków. Inżynierowie liczą koszty, bo tutaj koszty rosną ogromnie. Choćby taka głowica do formowania wtryskowego – to już może być wydatek rzędu np. 600 tys. zł, czyli więcej niż całe poprzednie mozolne badania stosowane w tych polimerach. O tym rodzimi naukowcy często nie wiedzą albo nie myślą. Są przeciążeni dydaktyką i nie mają czasu, do tego nie są zmotywowani do myślenia o rozwoju i wdrażaniu. W krajach anglosaskich są bardziej, bo już dawno wprowadzono tam takie ujęcie praw własności intelektualnej, że pracodawca (czyli uczelnia – prywatna czy państwowa), formalnie będąc właścicielem wynalazku, dzieli się dochodem z wynalazcą na przykład po połowie i uczestniczy w dalszych pracach i kosztach rozwojowych. Dotyczy to także wynalazków powstałych z prac finansowanych przez granty rządowe. Wszystkim się opłaca, wszyscy zadowoleni i zmotywowani i to może być różnica.

Badania wdrożeniowe

Przystępując do dalszego etapu czyli badań wdrożeniowych, trzeba już przeprowadzić dokładne badania rynku i opracować plan marketingowy dla nowego produktu. Jednocześnie trzeba powiększyć skalę produkcyjną tej nowej technologii i na drodze badań praktycznych zoptymalizować parametry nowej linii produkcyjnej. To są odmienne badania od naukowych w sensie akademickim ale tu też stosuje się metodykę naukową. Bada się w dużej skali wpływ zmian parametrów na określone właściwości produktu osobno albo równocześnie, dokonuje złożonych obliczeń, symulacji i optymalizacji. Tyle, że to wszystko dużo więcej kosztuje, bo trzeba wstawić drogie maszyny, dobrać zestawy surowców, podzespołów, materiałów pomocniczych, sprawdzić wszystkie osobno i razem. W końcu trzeba ustalić i zatwierdzić procedury, zgromadzić i przeszkolić załogę, zapewnić dostawy, itp. Takie procesy idą w grube miliony w każdej walucie. A tu banki domagają się spłat, urzędy podatkowe domagają się podatków, wierzyciele się denerwują, wszyscy tracą cierpliwość.

Wreszcie przeprowadza się próby w większej skali technicznej (wersje beta, gamma, itd), choć jeszcze na małych ilościach produktów, oceniając na bazie akceptacji rynkowej ich ostateczny kształt i właściwości. A w tej nowej linii produkcyjnej znowu jak przedtem, tylko w większej skali – tu nie działa to, a tam nie całkiem dobrze działa owo. Coś znowu trzeba lepiej zsynchronizować, tu trzeba zmienić, tam poprawić lub dołożyć – to wszystko rodzi ogromne wydatki, terminy gonią a dochodu ciągle nie ma. Dlatego ta dolina śmierci w tym etapie badań i prac wdrożeniowych szybko się pogłębia. Tu są potrzebne bezprocentowe kredyty, ulgi finansowe, odroczenia podatkowe, przedłużone terminy spłat i wpłat.

Tak w uproszczeniu wyglądają rozwojowe i wdrożeniowe badania przemysłowe, które mają na celu ustalenie parametrów nowej technologii i wytworzenie gotowego dla rynku i zaakceptowanego przez niego produktu. Jeszcze dojdą spore wydatki na promocję i rozwój sieci dystrybucji, czym na ogół zajmują się jeszcze inne, wyspecjalizowane w tym firmy. I oto ten nowy produkt już prawie leży na półce w barwnym lub błyszczącym opakowaniu i w atrakcyjnej – a jakże – bardzo niskiej cenie, jakby to nowe wdrożenie nic nie kosztowało…

Takimi nowymi wdrożeniami zazwyczaj kierują bardzo wysoko kwalifikowani specjaliści, doświadczeni w zarządzaniu tego typu złożonymi projektami. Nie zawsze i niekoniecznie wszystkie kończą się sukcesem. Bardzo rzadko i tylko nieliczne, największe firmy światowe prowadzą badania w pełnym cyklu, od badań stosowanych, poprzez rozwojowe, do wdrożeniowych, co zaznaczono kolorem niebieskim na wcześniej omawianym rysunku. Właściwie tylko największe globalne korporacje na to stać. A przecież 90 proc. przemysłu w Europie, także w Polsce, to są małe i średnie przedsiębiorstwa. Co ci mają robić, żeby wytrzymać presję innowacyjną rynku?…

Małe firmy nie mają bogatych laboratoriów i dla rozwoju nowych produktów muszą korzystać z usług specjalistycznych placówek badawczych czy okolicznych uczelni, ale zawsze muszą pilnować kosztów i budżetu, bo w krótszym czasie musi im się to opłacić. Muszą rozwijać nową produkcję, muszą wdrażać innowacje żeby być konkurencyjnym nawet na rynku lokalnym, ale musi być z tego konkretny zysk w przewidywalnym czasie. Tym firmom przychodzi to bardzo trudno, przy napiętych terminach i skromnych budżetach. Ich działania innowacyjne trzeba wspierać formalnie, organizacyjnie i finansowo, przez dedykowane publiczne instytucje oraz bogactwo dostępnych instrumentów finansowych. Doświadczenia innych krajów wskazują, że z takimi procesami najbardziej efektywnie sobie radzą instytucje regionalnego zarządzania wiedzą. Nie centralne, bo regionalne najlepiej znają specyfikę swojego terenu, prawdziwe potrzeby lokalnego rynku i lokalnego przemysłu a także realne możliwości lokalnych uczelni.

Proces finansowy i organizacyjny

Warto przyjrzeć się bliżej temu procesowi tworzenia i wdrażania innowacji również z punktu widzenia kosztów i potencjalnych zysków; kto, jak i kiedy finansuje etapy cyklu badań i innych prac, kto, jak i kiedy na tym zarabia. Takie dane pokazane są przez dolny diagram na rysunku faz rozwoju innowacji. Kolory jego pasków odpowiadają typom badań na górnym diagramie. Kiedy w badaniach stosowanych powstaje nowy pomysł, to często dla dalszej pacy nad nim powstaje firma odpryskowa (mówi się spin-off), albo firma zalążkowa, zwana często start-up (?…). Trochę ironizuję z ochoczego nadużywania anglicyzmów, ale uważam, że stać nas na to, by bardziej szanować nasz język i stosować się do właściwej ustawy o jego czystości. Tak czy owak to zwał, to powinno się opłacać by taka firma powstała, powinny być dostępne wszelki warunki organizacyjne, techniczne jak również udogodnienia finansowe.

Kiedy powstaje firma odpryskowa czy zalążkowa, to wierzący w sukces i poniesieni entuzjazmem twórcy-właściciele, czyli założyciele firmy, korzystając ze swoich oszczędności, pieniędzy rodziny, pożyczonych od przyjaciół, czy co tam jeszcze znajdą, czasem mogą częściowo sfinansować powstawanie prototypu swojego pomysłu. Dlatego w zakresie finansowania na dolnym diagramie piszemy na samym początku – założyciele. To dobrze, że twórcy inwestują swoje pieniądze, bo to motywuje do działania, ale tego na ogół na długo nie starczy. Sam pomysł, schemat, jakiś wstępny prototyp czy nawet zalążek technologii w skali laboratoryjnej, wymagają finansowania dalszego rozwoju. Tutaj dobrze muszą funkcjonować fundusze zasiewowe. To są najczęściej fundusze publiczne, najlepiej właśnie z poziomu zarządzania regionalnego, co wskazuje dolna część elipsy na wykresie. Przy ich braku lub słabym działaniu, ostatnio te funkcje przejmuje – mimo barier legislacyjnych – finansowanie sieciowe znane pod angielską nazwą „crowdfunding”, czyli potrzeba jest widoczna.

Fundusze i instytucje publiczne takie jak banki wsparcia biznesu, parki innowacji czy regionalne agencje rozwoju z odpowiednio dużą autonomią działania, mają szczególnie znaczenie dla tego etapu styku badań stosowanych i badań rozwojowych. Tu, gdzie powstaje pomysł ciągle nikt dokładnie nie wie, co z tego będzie, za ile i czy naprawdę się opłaci. Ryzyko porażki finansowej jest ogromne i dlatego regularne banki tu nie inwestują. Jedno jest pewne: jeżeli fundusze i instytucje publiczne – działające w przejrzyście zorganizowanym systemie selekcji – nie przesuwają tego pomysłu dalej w stronę realizacji, to nikt nie przesunie, czyli nic się nie dzieje. Projekt umiera już na początku innowacyjnej doliny śmierci. Z tej prostej przyczyny, że w ten etap finansowania, w stanie najwyższej niepewności czyli największego ryzyka, nie wchodzi żadna instytucja prywatna. Nikt nie podejmuje takiego wysokiego ryzyka oprócz samych wynalazców, zawsze i całkowicie przekonanych o słuszności swojej sprawy.

Potrzebne są więc nie tylko granty, ale też na przykład bezprocentowe pożyczki, różne opcje długoterminowych spłat kredytów, nawet wykup udziałów w firmach zalążkowych przez publiczne banki rozwoju (czyli państwowe instytucje wysokiego ryzyka), czy wręcz same ministerstwa branżowe. W wielu krajach na tym etapie dostępne są nie tylko finansowe instrumenty bezpośrednie, ale ostatnio intensywnie rozwija się całą gamę instrumentów pośrednich: odpisów, zwolnień, odroczeń podatkowych, odsetkowych czy poręczeń kredytowych. Tak dzieje się w każdym kraju, w którym to się dobrze dzieje, czyli tam, gdzie im naprawdę zależy na mnożeniu i wdrażaniu innowacji do produkcji, a przez to na mnożeniu zasobności obywateli. Do tego przede wszystkim potrzebna jest przejrzysta legislacja powstająca z woli i wiedzy politycznej i prawniczej, a już na pewno nie tylko z dobrej woli i uporu naukowców czy przemysłowców.

Anioły biznesu, czyli osoby prywatne albo dedykowane instytucje, które zajmują się finansowaniem i zarabianiem na badaniach (bo to jest zarabianie na badaniach), wchodzą w taki interes dopiero wtedy, kiedy prototyp już rokuje jakieś nadzieje, jest w miarę funkcjonalny. A jednak anioły biznesu to są najwcześniejsi ryzykanci procesu innowacyjnego, którzy biorą na siebie największe ryzyko porażki kupując ten nowy pomysł od firmy odpryskowej. Przy pomocy swoich pieniędzy, ale często i publicznego wsparcia, anioły biznesu rozwijają pomysł w jakiś rozsądny, funkcjonalny prototyp technologiczny, już w dobrze zaprojektowanym wykonaniu inżynierskim. Anioły biznesu to są ludzie lub instytucje, które chcą zarabiać na innowacjach; kupić pomysł, rozwinąć dalej i odsprzedać dobrze już działający i rokujący prototyp z dużym zyskiem do kolejnego etapu wdrożeń. Te firmy na ogół potrzebują mieć zysk rzędu 30, 50 procent, nawet więcej na jednym projekcie, inaczej nie podejmują tego skrajnie wysokiego ryzyka, bo i tak na wielu tracą. Mają bardzo dokładne systemy selekcji; w Europie firmy takie, które nazywamy aniołami biznesu, przeciętnie wybierają jeden do pięciu na 500 oferowanych im pomysłów.

Zatem tych pomysłów musi być bardzo, bardzo dużo na styku badań stosowanych i rozwojowych, żeby raz na czas coś konkretnego i dobrze rokującego dalej z tego powstało i potem przetworzyło się w kolejny produkt dla wymagającego rynku. Jeden na 500!… A i tak mimo sporej wiedzy, wprawy i ścisłej selekcji, aniołom biznesu udaje się zarobić średnio na jednym, czasem dwóch projektach na dziesięć!…. Czyli często i dużo tracą, bo takie są reguły gry. Taką innowację, która już się w miarę dobrze zapowiada na etapie przedwdrożeniowym, prawie produkcyjnym, kupują specyficzne firmy inwestycyjne, tzw. kapitały wysokiego ryzyka, bo wierzą, że na tym etapie da się zarobić. Kiedy wierzą, to kupują produkt czy technologię z tym założeniem, że albo po dalszym rozwoju i wdrożeniu pełnej produkcji przemysłowej firma wejdzie na giełdę i zyska na wartości, albo ktoś inny kupi tę firmę za odpowiednio więcej. Te firmy też dużo ryzykują, żeby z proporcjonalnym zyskiem odsprzedać ten biznes dalej.

Kiedy nowy produkt wreszcie wchodzi na rynek, zaczyna się jego regularna i masowa sprzedaż. Tu – jak wiadomo – z powodu konkurencji marże są niższe. Dalej dochodzą jeszcze spore koszty wzrostu skali, rozwoju dystrybucji i promocji i stopa zysku szybko maleje. Tych firm inwestycyjnych, które stymulują rozwój gospodarki opartej na wiedzy, czyli kapitałów wysokiego ryzyka, nie interesują takie produkty, które mają niską marżę. W tym etapie odsprzedają ten biznes dalej. Kapitał wysokiego ryzyka też musi odpowiednio zarobić, bo przecież nie zawsze zarabia. Wiele razy traci zanim zarobi, dlatego też musi być pod specjalną ochroną finansową, tak samo jak anioły biznesu i jak założyciele firm odpryskowych. Wszystkie ogniwa procesu rozwoju innowacji muszą być pod specjalną ochroną prawno-finansową, żeby kura kiedyś mogła wreszcie znieść to złote jajo.

Dobrze przemyślana pomoc państwa musi tutaj sprawnie działać, bo to przecież w państwa (czyli naszym wspólnym) interesie leży, by pomagać rozwijać nowe firmy, zatrudniające obywateli i po dojściu do dojrzałości płacące regularnie podatki do budżetu. Dlatego na przykład kanadyjski program SRED umożliwia innowacyjne odpisy podatkowe do tego poziomu, że dolar zainwestowany w badania i rozwój tak naprawdę kosztuje tego inwestora tylko 50, a ostatnio w niektórych prowincjach nawet tylko 20 centów!… Wtedy faktycznie to się opłaca i dlatego prywatni inwestorzy przemnażają inwestycje rządowe średnio ośmiokrotnie. Rząd mądrze inwestuje w tę najtrudniejszą fazę przed-prototypową (czerwona elipsa na wykresie) w wybranych dziedzinach priorytetowych, a kiedy już widać, że projekt się opłaca, to przyciąga inwestorów ułatwieniami w postaci odpisów podatkowych. Per saldo to i tak kosztuje rząd kanadyjski mniej, niż kupowanie technologii, budowanie fabryk i tworzenie podobnej ilości nowych miejsc pracy od zera. Warto porównać rachunki, bo jeszcze pamiętamy z poprzedniej epoki, że robienie wszystkiego przez państwo nie wychodzi…

Nasza aborcja innowacyjna

Jak dotąd w Polsce ten proces rozwoju innowacji wygląda tak, że jeśli firma odpryskowa już jakoś powstanie ze wszystkimi bólami, to założyciele nie dość, że wyciągają swoje oszczędności i jeszcze jakiejś cioci z Ameryki, to już od początku muszą pilnie płacić, bo jak firma działa to musi płacić ZUS, VAT, CIT i wszystkie inne daniny. Natychmiast! Bez opóźnień czy zwolnień, bo jak nie to kary, domiary, sąd i bankructwo. Przestępstwo finansowe z ryzykiem aresztu – urzędy skarbowe i inne szczerzą kły… Są wszystkie sposoby opresyjnej i sztywnej biurokracji, żeby zabić w zalążku tego embriona innowacji. Skutek jest taki, że w Polsce nie tylko się nie opłaca, ale praktycznie się nie da rozwijać firm odpryskowych. Dlatego tyle ich mamy ile nie mamy, a ich udział w produkcie krajowym jest jaki jest… Trzeba być prawie maniakiem, żeby sforsować wszystkie obecnie istniejące tutaj bariery biurokratyczno-finansowe, taka jest prawda. To nie jest system dla normalnego, racjonalnego i zorganizowanego człowieka, koncentrującego wysiłki na tworzeniu pomysłów, a nie na bieganiu po urzędach i wypełnianiu formularzy.

Sensacyjne media w kraju od dawna wyżywają się głośno na temacie aborcji a to jest przecież sprawa tak głęboko prywatna, że przykro, że aż wstyd o tym mówić czy słuchać. Te osobiste sprawy trzeba zostawić sferze ludzkiej prywatności. Znacznie gorsza aborcja odbywa się publicznie i masowo niemal codziennie w gospodarce innowacjami i o tym powinno się dużo i głośno mówić w debatach publicznych, bo to jest gospodarka na dzisiaj, rozwój i przyszłość kraju. Ale się nie mówi, bo to są trudniejsze tematy, no i mało sensacyjne dla łapczywego dziennikarstwa i powierzchownych polityków. W tym kraju systematycznie zabija się finansami początkujące firmy. Nie mam najświeższych danych bo o to też trudno, ale już w tym stuleciu złotówka zainwestowana w badania i rozwój w Polsce, kosztowała inwestora nie 50 groszy, nawet nie 80, tylko – 1,04 zł!!! Więcej niż włożył! Nie wspominając nerwów, czasu i papieru zmarnowanego w urzędach. Czyli – czy on niepoważny jakiś ten innowator? Po co sobie robić kłopot?… To jest wielki problem w skali tego kraju, bo ta masowa innowacyjna aborcja gospodarcza nam i naszym dzieciom skutecznie psuje lepszą przyszłość i możliwości pomnażania majątku. W tym stadium początkowym powinniśmy mieć pomoc, drożność prawną i finansową, żeby dać szanse statystyce, ale na razie ten proces rozwoju się hamuje przez uciążliwości administracyjne, obowiązkowe i natychmiastowe opłaty i daniny. Sterty formularzy, zezwoleń, pieczątek, stanie w kolejkach – masa bezsensownych utrudnień, często jeszcze powtarzanych przez formularze internetowe. Ich jedynym celem wydaje się być kontrola dla kontroli i potwierdzenie potrzeby istnienia samej administracji, ale już z pewnością nie rozwój gospodarki wiedzy…

A przecież wystarczy chcieć zrozumieć specyfikę tego procesu taką, że firmy zalążkowe czy odpryskowe, które w procesie rozwoju innowacji powstają na styku badań stosowanych i rozwojowych, nie będą przecież od początku sprzedawać swoich produktów regularnie tylko po to, żeby płacić podatki i inne daniny i wypełniać formularze. Jakby te firmy chciały regularnie zarabiać miesięcznie, płacić ZUS i podatki, to by musiały importować koszulki albo telefony z Chin, kaloszki z Indii albo grabie z Pakistanu, czy coś takiego… To są jednak innego rodzaju przedsiębiorstwa. Kiedy te firmy rozwijają swój nowy pomysł czy technologię to głównie wydają pieniądze, a nie zarabiają. Wydają pieniądze własne i pożyczone przez długi czas, nawet przez większość swojego istnienia. Wszystko co jest dostępne inwestują, drenują kieszenie po to, żeby na końcu, kiedy już osiągną cel, sprzedać cały biznes raz a dobrze. Kiedy ten produkt czy technologia wyjdzie dobrze i rodzi perspektywy, to sprzedają ten cały proces aniołom biznesu. Czyli jak dobrze się uda, to raz zarobią i wtedy oczywiście mogą zapłacić te wszystkie zaległe daniny, bo wtedy mają z czego. Po to w krajach rozwiniętych istnieją odroczenia podatkowe i kredytowe. W tym procesie tworzenia potrzebna jest pomoc finansowa i organizacyjna do chwili, kiedy produkt jest funkcjonalny i stabilny, i nadaje się do sprzedaży. Dlatego, kiedy mówimy o wskaźnikach finansowych rozwoju innowacji oraz pochodnych wskaźnikach, to wchodzimy w mądrą organizacyjną rolę państwa, trzeci płat tej śruby napędzającej okręt gospodarki. Na „niewidzialną rękę rynku” w procesie rozwoju innowacji liczyć nie można, bo tej ręki tu nie ma, natomiast są dostępne dobre wzorce, które warto poznać…




1To jedyny sposób transferu wiedzy uznany za nie korupcyjny

Spis treści

Menu
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin