Rozdział 2 – Słabe kryteria czyli nędza „magisterki”

Jednym z głównych hamulców wynikających z poprzedniego, słusznie minionego systemu, ale także z pewnego uśpienia intelektualnego i wygody naszych kadr szkolnictwa wyższego, jest ciągle tu pokutujący brak zrozumienia dla różnicy pomiędzy istotą pracy licencjackiej i magisterskiej. Chodzi w szczególności o brak podkreślenia charakteru badawczego pracy magisterskiej. w opisach profilu absolwenta studiów II stopnia dzisiejszej uczelni wyższej można spotkać takie oto kwieciste choć niejasne sformułowania (autentyczne!…):

„Absolwent studiów drugiego stopnia posiada wiedzę i umiejętności z zakresu: … z zastosowaniem zaawansowanej wiedzy; twórczej działalności w wybranym zakresie… Jest przygotowany do: podejmowania innowacyjnych inicjatyw i decyzji, samodzielnego prowadzenia działalności twórczej w wybranej specjalizacji w zakresie …” (zaznaczenia autora).

Można się spodziewać, że „twórcze” jest zarówno pisanie wiersza jak i robienie wycinanek w przedszkolu, natomiast nie ma w tym opisie ani słowa o aspekcie badawczym tej pracy, czylio tym co w całym świecie rozwiniętym jest najważniejsze w przypadku pracy magisterskiej, o tym, co dla nauki i gospodarki ma szczególne znaczenie w przypadku prac w dziedzinach ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich. To jest zasadnicza różnica między pracami licencjackimi i magisterskimi nie tylko we wszystkich krajach wysokorozwiniętych ale także ostatnio w Chinach, Indiach, Meksyku i Brazylii, czyli w większości globu. Ale nie tu…

Na ogół wszędzie praca licencjacka, jeżeli w ogóle jest potrzebna, to ma wykazać wiedzę i umiejętności kandydata w zakresie nabytej wiedzy zawodowej oraz umiejętności pisania. w przypadku pracy inżynierskiej najważniejsza jest umiejętność projektowania produktów lub procesów, bo to istota rzemiosła na tym poziomie. w Polsce z niewiadomych powodów zdarzają się prace inżynierskie, które mają w tytule i w zakresie słowo „badania”, natomiast są prace zwane magisterskimi, które w tytule mają „projekt” a w zakresie pracy np. „rysunki zbiorcze dokumentacji” i ani cienia jakichkolwiek badań. Coś tu nie tak…

Badawcze aspekty pracy magisterskiej

W dzisiejszym świecie praca magisterska to nauka elementarnych zasad metody badawczej, o mniejszym zakresie od pracy doktorskiej ale dokładnie w tym samym duchu i stylu. Dlatego tej metodyki badawczej studenci w krajach rozwiniętych uczą się na studiach podyplomowych, obejmujących poziom magisterski (ang. M.A., M.Sc., M.Eng.) i doktorski (PhD). Uczą się tylko na samym początku studiów, nie jak tutaj – pouczani przez trzy semestry czy więcej – bo resztę czasu spędzają w laboratorium i w bibliotece. Niezależnie od dyscypliny, praca zaczyna się od dogłębnej analizy stanu wiedzy w danej dziedzinie i to na świecie, nie tylko lokalnie i powierzchownie. Studenci uczą się jak efektywnie stosować wyszukiwarki naukowe, jak wybierać najważniejsze podręczniki ogólne i specjalistyczne w dyscyplinie, publikacje w czasopismach i materiałach konferencyjnych, specjalistyczne raporty, także jak systematyzować i opracowywać zebrane informacje. Postawienie wartościowej hipotezy badawczej może mieć miejsce tylko na bazie takiego rzetelnego rozpoznania literaturowego. Hipotezę, czy hipotezy weryfikuje się przy użyciu właściwie dobranej metodyki eksperymentalnej czy analitycznej w którą wdraża promotor, z wykorzystaniem najnowszych narzędzi i procedur. Chyba, że się wymyśla jeszcze lepsze narzędzia…

Najistotniejsze jest to, że nauka metodyki badawczej z czynną pomocą promotora ujmuje specyficzne podejście do zjawisk otaczającego świata; nieustającą ciekawość, umiejętność i chęć ciągłego dostrzegania różnic, niejasności i problemów oraz aktywne nastawienie na formułowanie pytań, stawianie hipotez i ich rozwiązywanie, a także – co niemniej istotne – umiejętność opisu tego procesu badania, opracowania danych oraz dyskusji otrzymanych wyników na tle aktualnie publikowanych w świecie innych prac w tej dziedzinie.

Magistranci „tam” spędzają sporo czasu na opanowaniu umiejętności prezentacji medialnej wyników pracy dokładnie tak, jak to się robi na konferencjach naukowych i zawodowych, z ograniczeniem czasowym do 10 czy 15 minut. Mozolnie opanowują sztukę ścisłego pisania tak, by sporą ilość swoich wyników i przemyśleń umieć przedstawić w postaci tekstu do materiałów konferencyjnych z limitem 6 czy 8 stron łącznie z tabelami, rysunkami i wykresami, czy też przygotować go jako artykuł w pełnym wymiarze, na około 15 stron samego tekstu z limitem np. 6000 słów, z czego nie więcej niż 800 na wprowadzenie, ale za to z bibliografią zawierającą 30-40 pozycji międzynarodowych. To wymaga dużo pracy i nabranie wprawy zajmuje sporo czasu, podobnie jak lekarzom zajmuje nauka przygotowania precyzyjnego, 1-stronicowego wypisu ze szpitala, czy ekonomistom napisanie konkretnego, 5-stronicowego biznes planu.

Magistranci nie tylko wiodących krajów świata ale teraz już wielu innych, uczestniczą w konferencjach branżowych krajowych i międzynarodowych, gdzie stawiają pierwsze kroki w prezentowaniu wyników i są wprowadzani przez promotorów w środowisko zawodowe, poznają liderów różnego szczebla. Absolwenci studiów magisterskich są głównym źródłem kadry badawczo-rozwojowej nie tylko dla laboratoriów przemysłowych ale też dla wszelkich innych instytucji, które w swojej pracy stosują metodykę badawczą, wliczając banki, muzea czy biblioteki. Kiedy tacy absolwenci zaczynają pracę, są na bieżąco ze stanem wiedzy i stanem osobowym branży, są przygotowani, także do ustawicznego uczenia siię i rozwoju.

W Polsce studenci studiów magisterskich w większości nie wiedzą jak do swojej tematyki znaleźć bieżące i kompletne źródła bibliograficzne, nie są uczeni analizy literatury zawartej w wiodących czasopismach naukowych i na ogół nie są uczeni pisania opracowań badawczych zgodnie ze standardami przyjętymi w świecie, nie wspominając o umiejętności prezentacji multimedialnej. Najgorsze jest to, że prawie nigdy nie wiedzą co to jest dyskusja wyników przeprowadzona w odniesieniu i nawiązaniu do innych, aktualnie publikowanych prac w dyscyplinie, a to przecież jest kwintesencja nowoczesnej pracy badawczej i najważniejsza część publikacji naukowych. Studenci mogliby wiedzieć, gdyby oni i/lub ich promotorzy uczestniczyli w normalnych (nie pozorowanych) konferencjach zawodowych, przysłuchiwali się prawdziwym dyskusjom fachowym ich rówieśników z innych krajów i rozmawiali ze swoimi promotorami więcej niż 7 minut na semestr. w efekcie w Polsce praktycznie w ogóle nie publikuje się wyników prac magisterskich, ani na lokalnych konferencjach, ani w pismach krajowych, jeżeli takie istnieją w określonych dziedzinach. z kolei w krajach rozwiniętych takie publikacje z prac magisterskich to obowiązkowa norma i nawet nie dopuszcza się myśli, że może być inaczej. Jak widać, już na początku kariery zaznacza się poważna rozbieżność jakościowa.

Osobliwy twór, czasem w Polsce frywolnie przez studentów zwany „magisterką” jest zgodnie z tym określeniem owocem niekompletnej pozoracji, mniej lub bardziej bezmyślnego kopiowania całych rozdziałów starych książek i w zdecydowanej większości przypadków do niczego sensownego się nie nadaje. z całą pewnością nie reprezentuje poziomu pracy badawczej zgodnej z aktualnym stanem wiedzy w świecie i zgodnej ze standardami metodycznymi w swojej dziedzinie. Nawyk tej pozoracji jest tak głęboki, że studenci dzisiaj nawet nie są zażenowani przychodząc w czerwcu w uśmiechach i z prośbą o jakiś temat pracy, bo chcą napisać „magisterkę” przez lato i obronić we wrześniu…

Zgroza, albo szczęśliwość ignoranta… Nawet nie wiedzą o tym, że w krajach bardziej rozwiniętych i w normalnym procesie badawczym sama analiza literatury do takiej pracy trwa do pół roku, część badawcza na ogół zajmuje około roku no i przez kolejne pół roku trzeba to wszystko sensownie poskładać i opisać. Dlatego studia magisterskie zajmują tam około dwóch lat, i to bardzo intensywnej pracy własnej, z zajęciami dydaktycznymi ograniczonymi tylko do samego początku studiów i dotyczącymi głównie metodyki pracy badawczej. w polskim modelu „wyższej pouczalni” (bo to nie uczelnie…) skutecznie wykoślawiono ideę studiów magisterskich już na początku funkcjonowania tego systemu dwustopniowego, bo przez trzy semestry stosuje się właśnie owo ”pouczanie” czyli odklepywanie obowiązkowych godzin dydaktycznych przez kadrę a na dysertację jako taką zostawia się ostatnie pól roku, czyli w zasadzie to ciągle niezmieniony model gniotu zwanego „magisterką”.

To nie jest wina studentów, że piszą takie gnioty – taki mamy system, taki mamy klimat. Kiedyś pewien doktorant opowiadał mi – „na drugim roku studiów inżynierskich przyszedł jeden profesor i mówi dość ciekawie w tym swoim przedmiocie. Na studiach magisterskich przyszedł ten sam profesor i mówi to samo, co już raz słyszałem. Kiedy przyszedł trzeci raz na studiach doktoranckich i zaczął opowiadać to samo, nie wytrzymałem i przestałem chodzić. Przecież szkoda czasu”… w tych warunkach marnowania czasu zrobienie normalnej pracy badawczej, takiej jaką robi się na całym świecie, to „misja niemożliwa” w czystej postaci; nawet geniusz nie zdąży zrobić i napisać czegokolwiek wartościowego w ciągu semestru. Niestety są spore obawy, że z uwagi na przywiązanie do nawyków (czytaj – wygodę…) zarówno decydentów pośród kadry jak i regulatorów, wokół tego modelu będziemy jeszcze oscylowali przez kilka ładnych lat.

Socrealistyczny beton w XXI wieku

O tym, że pośród przeciętnej profesury polskiej nie zawsze czuje się sens tego klarownego rozgraniczenia pomiędzy istotą pracy dyplomowej i i II stopnia też wiadomo od dawna, bo przecież wielu ze starszej kadry ciągle uważa ten rozdział za coś niepotrzebnego czy wręcz złego. Przez większość kariery przyzwyczajeni byli do studiów tzw. jednolitych, do funkcjonowania w „starym systemie” – „przecież było dobrze, to po co zmieniać?”… Nie rozumieją sensu tego rozdziału przede wszystkim dlatego, że praktycznie nie robią badań w nowoczesnym, projektowym ujęciu zespołowym, gdzie prace magisterskie i doktorskie wynikają z realizowanych projektów badawczych i są ich częściami składowymi. To jest szczególnie ważne w odniesieniu do studiów w dziedzinach ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich czyli tych, które potencjalnie mają największy związek z produktami, z gospodarką.

Tu może leżeć sedno polskiego marnotrawstwa badawczo-rozwojowego, bo przecież młodzi i ambitni dyplomanci są najlepiej na świecie zmotywowaną i najbardziej dociekliwą grupą badaczy naukowych. Oni praktycznie dokonują większości odkryć małych i tych wielkich, prowadzących do nagrody Nobla. To głównie z ich pomysłów powstają firmy odpryskowe w uczelnianych parkach technologicznych, tacy ludzie stworzyli Microsoft, Oracle, Google i tworzą wiele innych, dominujących na dzisiejszym rynku wysokich technologii. z tych ludzi wyrastają najbardziej przebojowi naukowcy, którzy w wieku 30 lat zostają profesorami w USA i w Kanadzie, wprowadzają nowe koncepcje, nowe standardy myślenia i jakości pracy, rozwijając je dalej przez długie lata aktywnej kariery. Tak to działa od lat w krajach rozwiniętych ale już nie tylko, bo trudno nie dostrzec gigantycznego ostatnio postępu Chin, Indii, Brazylii czy Meksyku, co odzwierciedlają nie tylko liczne publikacje specjalistyczne ale i warte przeglądania kolejne raporty OECD.

Jakoś nie zauważamy w tym naszym samozadowoleniu, że od czasów socrealizmu nauka wokół uległa tak silnemu umiędzynarodowieniu, że jeśli dzisiaj nie robi się badań tylko i wyłącznie na najwyższym światowym poziomie, to znaczy że nie robi się ich w ogóle, albo po prostu marnuje jakieś kolejne fundusze, w tym przypadku głównie pieniądze podatników. Dlatego wyniki komercjalizacji zaawansowanych badań z krajów bardziej rozwiniętych trafiają do nas w coraz krótszym cyklu rozwojowym w postaci nowych produktów i technologii i w najlepszym wypadku od czasu do czasu zdarzy się nam zaszczyt lub okazja ich tańszego montowania.

PaKA też nie wie

Chciałoby się wierzyć, że co jak co ale Państwowa Komisja Akredytacyjna będzie wiedziała o co chodzi w tym kraju, pozwoli na rozwianie wątpliwości i wyjaśni istotę podziału prac dyplomowych przy pomocy jasno sprecyzowanych kryteriów. w tym duchu temat został poruszony na pewnym spotkaniu z przedstawicielami PKA, z prośbą o wskazanie takich podstawowych kryteriów aktualnie obowiązujących w Polsce i pozwalających na odróżnienie pracy dyplomowej i od II stopnia, szczególnie inżyniera od magistra. i tu pełny zawód.

Przewodniczący komisji wyraźnie zakłopotany pytaniem „schodził z tematu”. Dość długo i zawile opowiadał o tym, że sprawy nie są jeszcze całkiem oczywiste w tym względzie, bo przecież wiadomo, że w związku z reformą w kraju tworzone są czy będą ośrodki które z założenia będą miały „bardziej badawczy charakter” a inne będą „mniej badawcze”… Więc co to oznacza w praktyce? Że w tych innych, „mniej badawczych” ośrodkach dalej się będzie robiło pozorowane gnioty zwane „magisterkami”, które nigdy nie miały, nie mają i nie będą miały nic wspólnego z procesem badawczym ani z jakąkolwiek wartością (poza samym dyplomem dla kandydata)?… Czyli dalej będziemy kultywować takie marnotrawstwo i bylejactwo jak do tej pory? Niestety, nie tędy droga do gospodarki opartej na wiedzy…

Brak jednoznacznej odpowiedzi ze strony PKA przestał dziwić po szybkiej weryfikacji dorobku naukowego członków tej komisji przy pomocy ogólnodostępnego w sieci systemu oceny parametrycznej „Publish of Perish” i po potwierdzeniu w wyszukiwarce naukowej „Web of Science”. Otóż wskaźniki Hirsch’a członków tej komisji mieściły się w granicach pomiędzy 0 a 1 (słownie – zero i jeden!…). Dostępny w uczelniach system oceny parametrycznej Web od Science jest najbardziej rygorystyczny i pokaże dane bibliometryczne najdokładniej, a czasem nawet nie pokaże nic – brak danych – czyli brak publikacji tego profesora w bibliografii światowej. To chyba jest wysoce żenujące, żeby tak odpowiedzialna z założenia komisja reprezentowała taki niski poziom w skali bezwzględnej, bo skoro praktycznie jej członkowie nie publikują w czasopismach międzynarodowych, nie mają bieżącego kontaktu z głównymi nurtami prac badawczych prowadzonych w świecie w ich dziedzinach, to skąd mają wiedzieć, na czym polega współcześnie pojęty proces badawczy? Skoro nie publikują, nie uczestniczą aktywnie w międzynarodowych konferencjach branżowych, gdzie referaty wygłaszają głównie magistranci i doktoranci, to skąd mają wiedzieć jak dzisiaj powinna wyglądać praca magisterska, żeby była podobna do tego co się robi w świecie? Wielu nie uczestniczy, bo na tyle nie rozumie języka nauki, czyli angielskiego.

Dopóki te kryteria się nie sprecyzują i to pozorowane podejście do charakteru pracy magisterskiej się nie zmieni, dopóty wszelkie rozmowy na temat postępu nauki i gospodarki opartej na wiedzy nie będą miały tutaj sensu, czy raczej pozostaną tylko pobożnym życzeniem i kolejnym słowem-zaklęciem wycierającym złote usta polityków. Tylko do kiedy?…Przy tutejszym stanie centralizacji państwa ciągle bliskim socrealizmu te problemy można w miarę łatwo i skutecznie rozwiązać gdyby się naprawdę chciało, i do tego trochę wyjrzało za lokalne opłotki, żeby porównać najbardziej funkcjonalne spośród istniejących w świecie wzorców a także wyciągnąć obiektywne wnioski.

Dewaluacja poziomu

Na razie skutek dla podatnika jest słaby, bo po raz kolejny ustawowo utrwalono stary i niefunkcjonalny system kształcenia i do tego potwierdzono faktyczną dewaluację wartości pracy magisterskiej. w nowej ustawie mówi się o „samodzielnym opracowaniu zagadnienia naukowego” .Przynajmniej w przypadku nauk istotnych dla gospodarki, czyli ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich powinno się mówić o: „opracowaniu zagadnienia naukowego zgłoszonym do publikacji w materiałach międzynarodowej konferencji branżowej, co najmniej na poziomie europejskim”. Takie kryterium byłoby porównywalne z poziomem prac magisterskich wykonywanych w krajach wyżej rozwiniętych, gdzie i tak nie potrzeba centralnych ustaw, bo uczelnie same muszą dbać o swój poziom.

Niestety, takie wymaganie postawione jest w nowej ustawie dopiero przy opisie pracy doktorskiej, zatem od polskiego doktora nauk wymaga się tego, z czym gdzie indziej dobrze sobie radzą tamtejsi magistrowie. w końcu w języku angielskim Master of Science oznacza nic innego jak „mistrz w nauce” – tak jak każdy inny „mistrz w zawodzie” – tyle, że w tym przypadku chodzi o rzemiosło naukowe. w naszym kraju chcąc czy nie chcąc, gdzieś się gubi, czy raczej gdzieś się marnuje co najmniej dwa lata wydatków na kształcenie najwyższe. Ponieważ to wykształcenie odbywa się głównie w uczelniach państwowych opłacanych z funduszy podatków, to ja osobiście jako podatnik nie chcę, żeby marnowano moje pieniądze w taki sposób, bo można je lepiej wydać na dobrze zorganizowane i potrzebne gospodarce badania rozwojowe i wdrożeniowe, albo na polepszenie jakości obsługi w szpitalach, albo na drogi, albo na oczyszczalnie ścieków, albo, albo… żeby nie wspomnieć o smogu. Dla uzyskania przynajmniej formalnie porównywalnego poziomu wykształcenia doktorskiego w Ameryce Północnej studenci potrzebują po szkole średniej 6 lat, a w Polsce 8 lat, nie wchodząc w merytoryczne porównania jakościowe. Do tych dodatkowych dwóch lat dopłaca ciągle biedny polski podatnik.

Sedno problemu wydaje się tkwić w opacznie ustawionej podmiotowości procesu kształcenia wyższego. Gdyby podmiotem był klient czyli student, to elastyczny system modyfikowano by systematycznie tak, by temu klientowi zapewnić dobry produkt w postaci najlepszego wykształcenia w najkrótszym czasie i do tego sprawnie kosztowo. Tak nie jest, bo utrwalany jest model zorientowany na funkcjonowanie kadry dydaktycznej, na pensum, na nadgodziny. Ale całkiem nadrzędnym celem w tym wszystkim wydaje się utrzymanie tego hierarchicznego, nakazowo-kontrolnego systemu szkolnictwa wyższego ze wszystkimi przywilejami jego dostojników, bo im tak jest wygodnie, mimo że dla podatnika nie najtaniej.

W efekcie, pracownicy dydaktyczni uczelni dla wypełnienia tego zbyt wysokiego pensum przegadują czas na często niepotrzebnych zajęciach, zamiast wykonywać badania wartościowe dla gospodarki. Tak było i tak będzie, póki system trwa. Różnice kosztów się kumulują i ktoś powinien je zliczać, bo pojawiają się duże straty z powodu tej słabej efektywności, szczególnie w wartościach nieuzyskanych przychodów. w krajach rozwiniętych inwestycje w badania i rozwój przekładają się na przyrost PKB rzędu nawet kilku procent. w Polsce udział innowacji w PKB jest prawie niemierzalny, bo to jest kilka zer po przecinku i dopiero coś tam. Tutaj kosztów póki co albo się nie liczy, albo ukrywa, a zamiast rzetelnej pracy powołuje się nowe, coraz bardziej liczne rady i komisje, hojnie wynagradzane z kieszeni podatnika. Rozrost pozoracji dokładnie zgodny z zasadą Petera i prawem Parkinsona – kiedy się nie umie albo nie chce podjąć decyzji, to powołuje się komisję a w niej podkomisje. Mało zainteresowany podatnik płaci za te niedorzeczności w czasach, gdy prywatne przedsiębiorstwa dla obniżania kosztów własnych eliminują pośrednie szczeble zarządzania i delegują odpowiedzialność na pracowników dla pobudzenia ich inicjatywy i efektywności.

Spis treści

Menu
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin