Dysfunkcja systemu wdrażania

Rządowe rozwiązania problemów
są równie złe jak sam problem

M. Friedman


Niektórzy politycy, a podobnie też niektórzy uczeni w tym kraju uważają, że wystarczy podnieść wydatki budżetowe na badania naukowe i niejako automatycznie polepszy się jakość polskiej nauki oraz jej efektywność, wliczając rozwój innowacji i wdrożeń nowych produktów. Wszystko będzie lepiej, tylko trzeba więcej pieniędzy. Nic podobnego… Dowolny wzrost nakładów w nieefektywnym modelu organizacyjnym zarządzania wiedzą w ogóle nie gwarantuje żadnego wyniku, szczególnie w postaci wzrostu liczby patentów czy wdrożonych nowych technologii. Przy tak źle zorganizowanym systemie badań jaki mamy obecnie w Polsce, zwiększanie nakładów to by mogła być kolejna czarna dziura bez dna, których i tak mamy dosyć.

Ekonomiści wiedzą, że rządy krajów wysokorozwiniętych nie przeznaczają na badania i rozwój więcej publicznych pieniędzy niż 1 procent PKB. To jest raczej zakres wartości od 0,6 do 0,8 procent PKB, tak jak w USA czy Japonii. Nie należy się więc spodziewać, by rząd dużo biedniejszego kraju – do tego sparaliżowany widmem spowolnienia gospodarczego – w niedalekiej przyszłości wydał o złamanego szeląga więcej niż wydaje do tej pory. Na razie te wydatki są na poziomie minimum przetrwania, bo około 0,4 % PKB. Polski przemysł oficjalnie przeznacza na badania około 0,6 % PKB, czyli jakby nie patrzeć, z obu stron dwukrotnie za mało. Dochodzi słabe prawodawstwo, w efekcie którego przemysł prywatny tutaj woli nie chce rejestrować wydatków badawczo-rozwojowych, bo urzędy skarbowe natychmiast chcą podatkować przychody, które nie muszą być pewne.

Nie jest tajemnicą, że rola władz państwowych w procesie rozwoju i wdrażania innowacji nie polega na wydatkowaniu funduszy, tylko na ustanowieniu takich praw, żeby sektorowi prywatnemu opłaciło się łożyć więcej na badania i rozwój. Takie pomnażanie zasobów od dawna ma miejsce w dobrze działających systemach wdrażania wyników badań w krajach rozwiniętych a o jego braku w Polsce alarmował już Raport Hausnera z 2012 roku. Dla przykładu w Kanadzie już w 2002 roku wydatki publiczne na badania i rozwój w wybranych kierunkach rzędu 1,3 mld dolarów (kanadyjskich), pobudziły bezpośrednie inwestycje sektora prywatnego w tych dziedzinach rzędu 8 mld dolarów. W podobnym okresie w Australii, priorytetowe inwestycje rządu w BiR wartości ok. $ 1 mld pobudziły wydatki sektora prywatnego na badania o wartości sięgającej $ 6 mld. Dzięki takiej polityce sumaryczne nakłady na badania i rozwój przekraczają 2 % PKB, co uważane jest za próg wejścia do etapu gospodarki wiedzy.

Żeby polski sektor prywatny zechciał prawdziwie inwestować w badania i rozwój, to musi mieć utwierdzoną prawnie i stabilną ofertę innowacyjną, na której będzie mógł zarobić konkretnie, a nie wirtualnie i do tego w wymiernym czasie, a nie w nieokreślonej przyszłości. Czyli najpierw musi się komuś opłacać tworzyć te innowacje i patenty, żeby komu innemu opłacało się te pomysły wdrożyć. Wszyscy muszą zarobić na ryzyko i czas, który na to poświęcają. Na niewiele tu się zda apelowanie do uczuć patriotycznych, czy okazyjne konkursy dla przodowników pracy, bo to już było. Jakość funkcjonowania nauki akademickiej w tym systemie ma jednak kluczowe znaczenie, bo w krajach rozwiniętych badania naukowe (głównie stosowane), prowadzone w uczelniach wyższych, dostarczają prawie połowę wszystkich innowacji a to już przekłada się na policzalne wartości.

Warto zatem dociekać jakie mechanizmy organizacyjno-prawne winny być stosowane aby podnieść nasze mizerne dotychczasowe parametry makroekonomiczne na tym polu, choćby wskaźnik ilości patentów na milion mieszkańców rocznie, zgłoszonych w Europejskim Urzędzie Patentowym. Dane GUS z 2009 pokazały wartość 3,6 dając nam przedostatnie miejsce w Europie, tuż przed Turcją. W 2017 roku ten wskaźnik był pozornie lepszy, ale rdzennie polskich patentów było w EPO zaledwie około 400, czyli dalej słabo. Na ponad 166000 zgłoszonych w EPO patentów zdecydowana większość pochodzi od firm azjatyckich, takich jak Samsung czy Huawei. Żeby się liczyć w tej grze innowacyjnej, trzeba przynajmniej dojść do poziomu tego wskaźnika rzędu 250 – 300, czyli bliżej wartości typowych dla krajów „Starej Europy”. To nie jest żadna magiczna liczba, która otworzy sezam i z dnia na dzień uczyni naszą gospodarkę ultra-innowacyjną. Prosta prawda jest taka, że im więcej patentów, tym więcej szans na wdrożenia, tym więcej szans na nowe produkty w eksporcie i większe przychody. Ten wskaźnik trafnie ilustruje ogólny stan zaawansowania rozwojowego kraju i daje się skorelować z innymi ważnymi parametrami makroekonomicznymi.

Spis treści

Menu
Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin