Inny model uczelni

Zgodnie z prawami natury liczbę studentów uczelni wyższych utrzymuje się wszędzie w określonym zakresie liczebności bo wiadomo, że w każdej populacji wiekowej około 20–25% osób jest w stanie podołać wymogom studiów wyższych i efektywności w przeciągu kariery zawodowej. Biorąc pod uwagę proporcje w dobrze funkcjonujących krajach, szczególnie właśnie w Kanadzie można przyjąć, że Polska docelowo nie potrzebuje więcej niż milion studentów na odpłatnych studiach dziennych z kompletnym systemem stypendialnym. Obecnie aż 40% studentów i tak pobiera nauki na płatnych a do tego okrojonych programowo studiach zaocznych. Na kierunkach ścisłych, przyrodniczych i inżynierskich, gdzie (jak w medycynie) niezbędne są określone umiejętności laboratoryjne czy doświadczalne, to powinny być tylko pełnowymiarowe studia stacjonarne czyli dzienne.

Jeśli dziś kształcimy masowo inżynierów tylko po to, żeby pracowali jako operatorzy obrabiarek w zagranicznych firmach, to jest oczywiste marnotrawstwo zwłaszcza, gdy kształci się ich w państwowych uczelniach za pieniądze podatników. Tu jest widoczna luka edukacyjna, którą dawno temu można było przewidzieć i odpowiednio się przygotować, bo każda rozwinięta gospodarka potrzebuje coraz więcej dobrze wykształconych kadr średnich, których praca niekoniecznie wymaga licencjatu czy tytułu inżyniera. Takich kwalifikowanych operatorów różnego rodzaju kształci się w pomaturalnych szkołach zawodowych na poziomie kanadyjskiego college’u. Do tego potrzebne jest obowiązkowe wykształcenie na poziomie średnim, tak jak to jest w krajach anglosaskich od dawna. Niezmiennie, model wydajnego szkolnictwa wyższego ściśle i  nieuchronnie łączy się z modelem edukacji na poziomie średnim a także i podstawowym.

Dla wydajnego uczenia nie więcej niż miliona studentów potrzeba nam więc około 50 000 profesorów. Niestety, połowa z liczącej około 15000 osób polskiej profesury jest w wieku emerytalnym a spora część niebawem będzie przechodzić w stan spoczynku, więc łatwo przewidzieć, że samo czekanie na naturalne zmiany na niewiele się zda; czy to będzie wcześniej czy później, to w stosunku do realnych potrzeb ilościowych obecny stan kadry nauczającej praktycznie można uznać za marginalny. Przy braku najwyższej kadry mogłoby się wydawać, że jakiekolwiek głębsze zmiany są niewykonalne, szczególnie przy aktualnym układzie stosunków w polskiej nauce i szkolnictwie wyższym. Przecież wielu spośród starzejącej się profesury zajmuje rozliczne stanowiska decyzyjne w rozbudowanej hierarchii niewydolnego systemu i ciągle kieruje tą słabą polską nauką. To pokolenie wyrosło w poprzedniej epoce i jest bardzo odporne na wszelkie zmiany. Trudno się dziwić, ale narzuca się też pytanie – dlaczego 30 lat po skutecznych przemianach politycznych i gospodarczych, w nauce ciągle utrzymuje się taki permanentny skansen, i czemu na to przystają finansujący, czy może nieświadomi podatnicy?…

Takie pytania i problemy nie absorbują kadencyjnych polityków rządowych, którzy nie zwracają na nie uwagi bo przecież na naukę i szkolnictwo wyższe przeznacza się tylko drobny ułamek budżetu, w granicach 0,4 procent PKB. Cóż to jest w porównaniu do kosztów (także niewydolnej) służby zdrowia, czy obronności, już nie mówiąc o brakach funduszy na aktualne inwestycje państwowe, które muszą towarzyszyć dotacjom unijnym. Na dziś nikt się nie martwi jakie będą w przyszłości skutki w formie niedostatków dla gospodarki czy nieuzyskanych przychodów dla obywateli. Ciągle to samo myślenie jak za cesarstwa rzymskiego – po nas choćby potop…

Spis treści

Share on facebook
Share on google
Share on twitter
Share on linkedin